Machu Picchu- Wielki Dzień

Dziś ostatni dzień naszej wędrówki , zwieńczony dotarciem do celu – Machu Picchu. Mamy jedynie 5km trasy do zrobienia , jednak z uwagi na organizację pracy tragarzy, musimy wstać bardzo wcześnie -koło 2.30, tak by zdążyli oni na lokalny pociąg z Aguas Calientes.  My po zebraniu się ruszamy w drogę , by ledwo po rozpoczęciu stanąć w kolejce do punktu kontrolnego, który otwierają dopiero o 5.30. Ustawia się więc długa kolejka , która czeka koło 1h zanim pozwolą nam wejść na ostatni etap Camino Inca. Gdy , tylko zaczyna świtać widzimy całokształt otoczony górami , droga jest wąska , a ludzi dużo , więc nie bardzo jest , gdzie się zatrzymywać na podziwianie widoków.

tuż przed Machu Picchu

Na tym odcinku są jeszcze podejścia w górę i w dół ,jednak odcinek jest krótki , więc szybko mi idzie pokonanie trasy , szybciej niż w inne dni.  W końcowym odcinku marszu docieramy do tzw. Sun Gate – czyli bramy słońca koło 6.30 . Stąd mamy szczęście obserwować wschód słońca , który pomału rozświetla ruiny , widok ten ma w sobie sporo magii.

widok z Bramy Słońca na Machu Picchu o wschodzie

Stąd już wiedzie prosta droga w dół , do wejścia do kompleksu , gdy przybywamy nie ma jeszcze dużych tłumów , jednak już zjeżdżają się autobusy z Aguas Calientes. Nasza grupa , jak i każda inna , która przeszła Camino Inca , wyróżnia się na tle pozostałych odwiedzających pamiątkowymi koszulkami , jak i śladami po wielodniowym trekkingu( stan czystości ubrań pozostawia trochę do życzenia). Jesteśmy jednak dumni , że się udało , że nie jesteśmy jednymi z wielu , którzy jedynie wsiedli w pociąg a potem w autobus i w jeden dzień dotarli do ruin. Na pewno przeżycie dotarcia do Machu Picchu jednym z trekkingowych szlaków daje zupełnie inne wrażenie , trudniej przychodzi , więc i radość i satysfakcja jest sporo większa , a liczne wspomnienia na dłużej zapadną w pamięć.

Przy głównym wejściu sprawdzają ponownie paszporty i bilety wstępu , które są ujęte w cenie trekkingu .Osoby z za dużymi plecakami mogą je zostawić w przechowalni za opłatą. Z tego co udało mi się doinformować plecak mógł mieć max 20 litrów , mój chyba miał więcej , ale na szczęście nikt go nie kwestionował i nie zostawiałam go w przechowalni. Tutaj mamy zwiedzanie ruin z naszym przewodnikiem , który ciekawie opowiada o tym pięknym miejscu , następnie jest czas wolny , jest kilka osób , które zdecydowały się tego samego dnia wejść na jedną z otaczających gór tu Huayna Picchu , którą widać na zdjęciu poniżej .

Machu Picchu

Po całym kompleksie biegają lamy wraz z małymi tzw. baby lama , wzbudzają duże zainteresowanie wśród turystów , są strażnicy , którzy pilnują by nie były zbyt nagabywane.

lamy na Machu Picchu

Machu Picchu zostało odkryte dopiero w 1911 roku przez Amerykanina Hirama Binghama, jego wysokość rozciąga się od 2090 m do 2400m .Obecnie jest wpisane na listę współczesnych cudów świata , do dziś jednak nie wiadomo , dlaczego tak nagle zostało opuszczone.  Nasz przewodnik mówił , iż być może jednym z powodów ucieczki z miasta Inków było zahamowanie  przez hiszpańskich najeźdźców wymiany barterowej z innymi okolicznymi ośrodkami ludności , co z kolei nie pozwoliło utrzymać jedynie ze swoich zasobów. Machu Picchu jest otoczone z 3 stron wysokimi górami , widoki są  naprawdę imponujące , za tymi górami już zaczyna się dżungla amazońska .

góry otaczające Machu Picchu

Machu Picchu – w tle góra Machu Picchu

Na powyższym zdjęciu z kolei możemy obserwować drugą z gór , na którą można wejść w trakcie pobytu w ruinach- Machu Picchu Mountain – na którą ja wybiorę się następnego dnia.

Machu Picchu

Koło 14h , nasza grupa odjeżdża autobusem do Aguas Calientes – podróż trwa 20 minut i tutaj w restauracji mamy pożegnalne spotkanie , choć tak naprawdę cała grupa oprócz mnie, udaje się dalej razem pociągiem do Cusco. Po trekkingu wymieniliśmy się telefonami a następnie w kolejnych dniach zdjęciami .Nasza grupa została ochrzczona jako „Tortugas” przez naszego przewodnika .

Cieszę się , że zdecydowałam się zostać dzień dłużej w okolicy i wykupiłam ponowne wejście na Machu Picchu następnego dnia , tym razem obejmujące wejścia na Machu Picchu Mountain , zrobiłam to na własną rękę , choć można było to również zrobić z agencją trekkingową.

Bilety wstępu  można kupić bezpośrednio na stronie ;

https://www.machupicchu.gob.pe/inicio

Wejścia są w 2 turach na 6.00-12.00 i 12.00-16.30  , więc czas jest limitowany . Także wejścia na każdą z gór jest wyznaczone na godzinę w 2 turach ( tylko rano).

Jeśli chodzi o koszty wygląda to następująco ;

  •  wstęp do Machu Picchu-152 sole
  • Machu Picchu+ Huayna Picchu lub Machu Picchu Mountain – 200 soli .

Następnego dnia wyruszam jednym z pierwszym autobusów z Aguas Calientes  do Machu Picchu- jest opcja także wejścia pieszo , na skróty około 2km , jednak jest to ostre wejście pod górę. Autobus w jedną stronę kosztuje 12 usd , można go kupić od  ręki na miejscu w miasteczku.  Już przed 6 rano ustawia się wielka kolejka , jednak kolejno są podstawiane następne autobusy , więc posuwa się to sprawnie. Gdy przybywam na miejsce , tym razem całe ruiny okala gęsta mgła. Od razu kieruję się do wejścia na górę Machu Picchu ,gdzie ponownie są sprawdzane bilety oraz paszport , wpisuję się również do księgi wraz z godziną wejścia. Na tą górę wchodzi się w turze od 7-8 rano albo od 9 do 10h . Tutaj mimo , iż nie jest tak stromo jak przy wejściu na Huayna Picchu ( nie zalecane dla osób z lękiem wysokości , zawrotami głowy) , jednak  ta góra jest wyższa , więc i trasa dłuższa. Do pokonania jest również 2670 schodów w jedną stronę . Szczyt , który ma wysokość  3061m zamykają o 12h . Do połowy drogi , niestety widok na ruiny przykrywa wciąż mgła , jednak im wyżej jestem , tym bardziej się rozjaśnia i mogę zrobić już kilka fajnych zdjęć.

w drodze na Machu Picchu Mountain i widok z góry

Widok z samej góry ,gdzie końcowe podejście jest już mocno strome prezentuje się tak ;

widok z Machu Picchu Mountain

na szczycie Machu Picchu Mountain

Sama miałam dylemat , którą z gór wybrać , Machu Picchu Mountain to dłuższy marsz , jednak nie zbyt stromy , z kolei druga góra , na której  nie byłam , już z dołu widać ,że jest mocno stroma . Panorama , z góry na której weszłam bardzo mi się podobała , piękny widok na miasto Inków.

Jeśli chodzi o miasteczko Aguas Calientes , nie ma w nim zbyt wiele ciekawego , to mała mieścina , która jest przystankiem przed najważniejszą atrakcją Peru , jest tu sporo hosteli i hoteli, każdy wybierze coś dla siebie.  Dojazd pociągiem natomiast odbywa się ze stacji Cusco Poroy , gdzie też z miasta trzeba dojechać busikiem lub taxi . Bilety na pociąg można nabyć na stronie.

https://www.perurail.com/es/  lub

https://incarail.com/es/

Są to dwaj operatorzy , którzy mają połączenia do miasteczka u stóp Machu Picchu , w obu liniach jest ograniczenie wagowe – bodajże do 10kg , więc nie pojedziecie z wielką walizką . Bilety nie są tanie , jest to prawdopodobnie najdroższy pociąg świata , w przeliczeniu na dystans.   Teoretycznie są jakieś alternatywy , jak np. marsz wzdłuż torów kolejowych , jednak patrząc na trasę jadąc pociągiem , na pewno wiąże się z ryzykiem , gdyż momentami przejście jest tak wąskie , że jeśli w tym samym momencie będzie przejeżdżać pociąg może się to skończyć tragicznie. Inną opcją o jakiej czytałam jest przejazd w kilku etapach do okolicznych wiosek busem i potem przejście piechotą ?nie zagłębiałam się w ten temat , gdyż pociąg powrotny miałam ujęty w cenie trekkingu , więc nie było co kombinować.

Tak po w sumie 5 dniach skończyła się moja wielka przygoda z Machu Picchu , był to czas pełen wrażeń , pogoda również dopisała , było to dla mnie niezapomniane przeżycie . Jeśli tylko dysponujecie czasem i funduszami , warto dotrzeć do inkaskich ruin poprzez trekking , jeśli nie klasyczny to alternatywny. Słyszałam od przewodnika ,że jedną z ładniejszych widokowych alternatyw dla Camino Inca jest Lares Trek , może skorzystam następnym razem , jeśli zdarzy mi się być w okolicy.

 

 

 

 

 

Reklamy
Opublikowano PERU 2018 | Otagowano | Dodaj komentarz

Camino Inca część III

Dzień drugi.

Dziś czeka nas najtrudniejszy dzień – najdłuższy bo ma aż 16 km a do tego najtrudniejszy , ze znacznymi przewyższeniami wysokości- po drodze dwie przełęcze -4200m i 4000m . Dziś droga w większości prowadzi pod górę,  a to co schodzi się z góry też jest męczące , gdyż zejścia są dość gwałtowne. Dziś trzeba zacząć dzień bardzo wcześnie by zdążyć przed zmrokiem dojść do obozu, wstajemy już o 4.30 rano . Każdy dzień zaczyna się od mate de coca , którą tragarze przynoszą do namiotu na przebudzenie. Jest to bardzo miłe , tym bardziej ,że napój jest gorący , a na zewnątrz jest jeszcze zimno , a noc otula całą krainę.

przygotowania do drogi

Jemy pożywne śniadanie , następnie pakujemy co trzeba , dzisiejszy dzień będzie najdłuższy i też na najwyższej wysokości , więc ogólnie trzeba wziąć cieplejsze ubrania . Pierwsze 4 godziny trasy wiedzie cały czas pod górę. Na zdjęciu widzimy schody , jest ich dużo na całej trasie , łącznie koło 8000 stopni , więc kolana mogą dostać w kość , tu z pomocą przychodzą kijki trekkingowe.

dzień drugi, w drodze na przełęcz Martwej Kobiety

Do postoju przed ostatnim podejściem na przełęcz 4200m ( Martwej Kobiety) mamy postój , gdzie są publiczne WC i możliwość zakupu snaków , napojów , nie jest tanio , ale poziom cen jest jeszcze akceptowalny( batonik czekoladowy 8 soli) . Jeszcze a propos nazwy przełęczy , nikt tutaj nie umarł , po prostu jej kształt przypomina ponoć kobietę leżącą we śnie i wyglądającą na nieżywą.   Tutaj na tym postoju też mamy sporo lam , które się przechadzają , jednak , nie pozwalają podejść się na zbyt bliską odległość- są płochliwe.

odpoczywająca lama

Ostatnia prosta przed przełęczą jest już bardziej stroma , tu się co chwilę niemal zatrzymuję , idziemy otwartą przestrzenią i w pełnym słońcu , cieszę się , że nie pada , jak to nieraz czytałam na innych blogach . W końcu udaje się wyjść na przełęcz i mogę podziwiać piękny widok z góry.

widok z przełęczy Martwej Kobiety

przełęcz Martwej Kobiety

Jestem dumna z siebie , iż udało mi się wejść , bardzo się bałam tego wejścia , że będzie za trudne i do tego jeszcze na dużej wysokości. Na szczęście nie odczuwam problemów związanych z wysokością , chyba się już zdążyłam przyzwyczaić . Na samej górze jednak jest już wietrznie i nagle się też zaczęło chmurzyć i lekko mżyć. Postój na górze nie trwa długo , następnie musimy zejść do doliny , gdzie spożyjemy lunch , przed kolejnym wejściem na 4000m.

schodząc z przełęczy 4200m

Gdy w końcu zeszliśmy na lunch- między 14 a 15h , czekała nas miła niespodzianka – rozłożone maty do wypoczynku , mieliśmy jakieś 30-40 min na siestę i zregenerowanie sił przed posiłkiem jeszcze. Jedna  z uczestniczek tu zaczyna się źle czuć , ma silne bóle głowy , które nie ustępują mimo tabletek .  Po lunchu znów przed nami wejście z 3600m na 4000m na górę zwaną ” gringo killers” , gdyż podejście jest bardziej strome , niż przy wejściu na poprzednią przełęcz , więc i bardziej męczące.   Po drodze na przełęcz dochodzimy do kolejnych ruin , które były punktem odpoczynku dla posłańców , którzy przemierzali liczne kilometry przez góry by doręczyć wiadomości z różnych zakątków.

ruiny inkaskie -miejsce odpoczynku

Tuż przed wejściem na drugą przełęcz możemy podziwiać tą oto ładną panoramę.

tuż przed drugą przełęczą

Gdy już weszliśmy na górę , odtąd droga już prowadzi w dół , aż do samego obozu na wysokości 3600m.  Tutaj koleżanka , która miała problemy z bólem głowy wcześniej , wymaga już podania tlenu i odtąd obaj przewodnicy holują ją do obozu , a ja idę sobie przedostatnia , w jakiejś odległości od nich , korzystając z ciszy i pustki na szlaku.

Po drodze mijam ruiny Runcuray ( 3800m) , jednak jako , iż zaczyna się ściemniać , nie wchodzę już do ruin , wkrótce dochodzi do mnie jeden z przewodników i wysyła z obozu asystę 2 tragarzy , z którymi spotykam się po jakiś 15 minutach marszu , mają mnie eskortować , jako , iż jest już prawie ciemno. W sumie to nie byli mi potrzebni , droga była już prosta i nie było się gdzie zgubić.

To był najdłuższy dzień na szlaku i najbardziej męczący , z przerwą na lunch byliśmy 12h w drodze , od wschodu do zachodu słońca. Dziś wszyscy szybko padli ze zmęczenia po kolacji , tylko ja zostałam na pogaduszki z jednym z przewodników , dostałam jakiegoś kopa energetycznego po dzisiejszym dniu , pewno stąd ,że jednak dałam rady , mimo ,że brakowało mi wiary w siebie. Dzisiejsza noc za to była bez wątpienia najzimniejsza, mimo nałożenia całej odzieży prawie , zmarzłam , przebudzałam się ze zimna.

Dzień trzeci

Teoretycznie dziś moglibyśmy sobie pozwolić na dłuższe spanie i taką miałam nadzieję , jako , że na dziś jest przewidziane jedynie 10km , jednak przewodnik ostrzegał nas mocno przed zmasowanym atakiem komarów , w wypadku , gdybyśmy wyszli na szlak koło 8-9h. Z tego względu większość przegłosowała ,że również wstajemy koło 6h by wyjść jak najszybciej w drogę.  Dzisiaj także po śniadaniu zostajemy przedstawieni oficjalnie całej grupie tragarzy i kucharzowi , każdy ma powiedzieć kilka słów o sobie , skąd przyjechał i ile ma lat.  To wszystko po hiszpańsku , choć część z tragarzy nawet nie zna tego języka , a posługuje się jedynie keczua , więc tłumaczy nasz przewodnik. Dominująca grupa wiekowa to 40+ , z wyjątkiem 2 trochę młodszych Amerykanek i 17 letniego syna rodziny włoskiej, który zawsze wszystkich wyprzedza i zawsze jest pierwszy w ustalonym punkcie kontrolnym.

kilka ćwiczeń na rozgrzewkę przed opuszczeniem obozu 2

Dziejszy dzień upływa pod znakiem przejścia przez bujną roślinność tropikalną . Początkowo idziemy wąską ścieżką tuż nad przepaścią .

wąska droga nad przepaścią

w drodze , dzień 3

Po jakimś czasie dochodzimy do miejsca postoju , skąd są ciekawe widoki i tutaj pierwszy raz mam zasięg w telefonie , więc oczywiście wysyłam sms , że żyję i że wszystko jest w porządku a cały trekking jest fascynujący .

W dalszej drodze znów zwiedzamy ruiny  Phuyupatamarka czyli miasto w chmurach.

Phuyupatamarka

Stąd zostaje jeszcze jakieś 2h do obozu , najpierw mamy mocne zejście w dół po schodach , następnie jest już dość płasko , po drodze mijam stado odpoczywających lam na środku ścieżki i tym razem się nie boją i nawet dają się głaskać.

odpoczywające lamy

tuż przed obozem nr 3

Gdy docieramy do obozu nr 3 , tym razem w okolicy widzę masę namiotów , tutaj bowiem nocuje większość grup przed wielkim dniem i wejściem przez bramę Słońca do Machu Picchu. Tutaj jest pierwszy raz możliwość skorzystania z zimnego prysznica , długo się zastanawiam i w końcu decyduję się na błyskawiczne odświeżenie , wydając przy tym masę pisków z powodu zimna. Na zewnątrz też nie jest jakoś specjalnie ciepło – między 12 a 15 stopni , więc po kąpieli znów zakładam czapkę by trochę ochronić mokrą głowę. Bardzo blisko obozu są kolejne ruiny-Intipata czyli tzw. terasy słońca , tutaj też dostajemy pamiątkową koszulkę z Alpaki , która bardzo mi przypadła do gustu.

Intipata

Dzisiejszego wieczoru też mamy pożegnanie z całą ekipą Alpaki( oprócz przewodników). Kucharz na pożegnalną kolację przygotowuję smaczny tort , a my wygłaszamy mowę pożegnalną ( zostałam do niej wyznaczona , jako jedyna osoba z grupy turystów mówiąca po hiszpańsku) oraz wręczamy napiwki -dla tragarzy, kucharza oraz przewodników. Nie ma wyznaczonej sztywnej sumy , jest to wg uznania , w nagrodę za trud ich pracy , który uczynił naszą wspólna podróż jeszcze bardziej wspaniałą.

pożegnalny tort

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano | Dodaj komentarz

Camino Inca część II

DZIEŃ PIERWSZY

Dzień pierwszy trekkingu jest uważany za rozgrzewkę , mamy do pokonania 14 km, nie jest jakoś szczególnie ciężki , jednakże druga połowa dnia obfituje w wejścia pod górę. Jak pisałam jest to drugi pod względem długości  dzień na szlaku .  Szlak rozpoczyna się na km 82  w miejsowości  Piscacucho (2,800 m.), przejściem mostu na rzece Urubamba .

most na rzece Urubamba -początek trekkingu

Początkowo idziemy tylko z nieznacznym  podejściem w górę , mijając ruiny inkaskie czy cmentarz lokalnej społeczności . Jest naprawdę ciepło , więc szybko muszę zdjąć z siebie część ubrań. Przez jakiś czas podążamy wzdłuż rzeki , by potem stopniowo odbijać ku górze. Na dzisiejszej trasie jest możliwość korzystania z publicznych toalet płatnych oraz można uzupełnić zapasy snaków czy innych napojów niż woda, nabywając je u miejscowej ludności .

na szlaku -dzień pierwszy

Po podejściu pod górę dochodzimy do ruin Llactapata położonych na wysokości 2750m , które były ważnym punktem na trasie Camino Inca . Tutejsze tarasy uprawne , obfitowały w kukurydzę i inne i stanowiły zaopatrzenie dla mieszkańców Machu Picchu.

ruiny Llactapata

Pierwszy lunch mamy koło 14h , po koło 5h trasy , jestem zaskoczona ilością i różnorodnością jedzenia . Na początek dostajemy do wypicia tzw. chicha morada czyli napój z fioletowej kukurydzy , jest dość słodki .

fragment pierwszego lunchu

Dodatkowym plusem jest fakt , iż można zgłosić agencji wszelkie preferencje czy alergie pokarmowe , w grupie było kilka osób  , które nie jadły czerwonego mięsa i preferowały ogólnie wegetariański styl odżywiania , co było dla mnie dodatkowym plusem , gdyż dania wege zwykle stanowiły połowę oferowanych dań , a zwykle było ich 6-7 rodzajów oraz zupa , którą zaczynał się posiłek. Najczęściej była to zupa z quinoa, która bardzo mi przypadła do gustu.

Po lunchu droga już wije się coraz bardziej pod górę , docieramy tu także do kolejnego punktu kontrolnego . Tutaj mamy grafikę całej trasy .

 

Camino Inca

Pierwszy nocleg mamy w Ayapata na wysokości 3300m , większość innych grup nocuje niżej pierwszego dnia , dzięki temu jesteśmy sami na polu campingowym. Do campingu docieram po 17h , za niedługo będzie zupełnie ciemno i przydadzą się czołówki. Jesteśmy rozbici na polanie z widokiem na wysokie szczyty , jest naprawdę pięknie i zapominam nawet o chłodzie , który czuć coraz mocniej wraz z nastaniem nocy. Mam piękny widok również na rozgwieżdżone niebo , jednak niestety nie udało mi się zobaczyć krzyża południa , który wg przewodnika jest zasłonięty górami , które nas otaczają. Gdy turyści dochodzą do obozu , wszystkie namioty są już przygotowane, w środku śpiwory i maty , więc od razu można się rozgościć .Za dodatkową opłatą( 35 USD za cały trekking) mam przywilej spania samej w namiocie , miejsca mam ,aż nadto na rozłożenie swoich rzeczy. Namioty ogólnie są 4 osobowe , jednak podczas trekkingu są przewidziane po 2 osoby na namiot, tak by było wygodnie. Pierwszy raz od ponad 20 lat spałam pod namiotem, jednak nie czułam się zmęczona niedogodnościami , nie było mi zbyt twardo , jedynie trochę chłodno. Przed kolacją zawsze porterzy przygotowywali toaletę dla uczestników trekkingu , mała balia z ciepłą wodą , mydełko i mały ręcznik . Na pierwszy rzut oka niewiele , jednak uwierzcie po całym dniu chodzenia , człowiek się od razu lepiej czuje nawet po takim prowizorycznym odświeżeniu. W temacie toalety ten trekking to dla mnie  również ogromne wyzwanie , za ostatnich 20 lat , czas , gdy najdłużej się nie kąpałam to 2 dni ( wycieczka na pustynię w Maroku) , tutaj będę kilka dni bez gruntownego mycia , bez mycia głowy . Na kampingu mamy jedynie przenośne WC , jednak to i tak duże ułatwienie w tych warunkach. Jest nawet jeden z porterów wyznaczonych jedynie do utrzymywania czystości w toalecie oraz do jej transportu tzw WC człowiek.

na pierwszym kampingu- Ayapata 3300m

Kolację zaczynamy od herbatki z koki lub innej do wyboru , następnie koło 19h są serwowane różne dania i zaczynają się rozmowy jak i ustalenia z przewodnikiem planu na kolejny dzień. Najwięcej emocji budziła godzina pobudki , przewodnik był zawsze za wczesnym rozpoczęciem marszu , co wiązało się ze wstawaniem jeszcze po ciemku , jednak po przedstawieniu argumentów za , grupa również uznawała to za najlepsze rozwiązanie.

wspólna kolacja

 

 

 

 

 

 

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Camino Inca – część I

Camino Inca zwana inaczej Inca Trail , było najważniejszą częścią mojej podróży. Wymagało to dużo wcześniejszej organizacji , w rezultacie trekking zarezerwowałam z 8 miesięcznym wyprzedzeniem.  W najbardziej popularnych miesiącach czyli , wówczas , gdy najmniej pada od maja do października  , trekking cieszy się ogromną popularnością i zezwolenia są wyprzedawane z dużym wyprzedzeniem. Na początek musiałam ustalić sobie datę która mniej więcej mi pasuje i dopasować do tego przelot , oraz wybrać agencję z którą wyruszę na szlak. Firm organizujących Camino Inca jest naprawdę sporo , ciężko więc się zdecydować , dużo czytałam w internecie  na temat kilku wybranych wstępnie firm , porównywałam programy , koszty . Ostatecznie wybór padł na Alpaca Expeditions , brałam pod uwagę również Llama Path czy Camping Tours . Pierwsze dwie organizują trekkingi w wersji angielskiej .  Wybór daty trekkingu padł na końcówkę sierpnia , gdyż nie powinno być aż tak zimno jak może być np. w czerwcu , a opady winny być znikome.

Wyczerpujące informacje o Camino Inca można znaleźć na stronie każdej z agencji .https://www.alpacaexpeditions.com/

Mimo , iż trekking odbyłam z Alpaca Expeditions i jestem w pełni zadowolonym klientem , pragnę również  polecić nowo powstałą firmę , prowadzoną właśnie przez mojego przewodnika  ( wówczas jeszcze z Alpaca ) Juana Carlosa Coronela  – https://trexperienceperu.com/  Jest to osoba bardzo zaangażowana w to co robi , cechująca się dużą znajomością kultury inkaskiej, potrafi sprawić ,że każdy będzie się czuł komfortowo podczas trekkingu.

Camino Inca jest jedną z możliwości dotarcia do ruin Machu Picchu , oprócz najprostszego sposobu dojazdu pociągiem z Cusco Poroy do Aguas Calientes , istnieje kilka trekkingów alternatywnych jak np. Lares Trek czy Salkantay  Trek . Każdy może wybrać coś dla siebie, oczywiście najbardziej obleganym jest klasyczny trekking Inca Trail  , który trwa 4 dni i 3 noce.  Obejmuje dystans 45 km z dwoma przełęczami 4200m i 4000m .  Istnieje również jego skrócona wersja 2 dni i 1 noc dla osób mniej aktywnych fizycznie lub ,tych  którzy po prostu mają mniej czasu. Klasyczny trekking kosztuje od 600 USD  wzwyż , są  zapewnione 3 posiłki dziennie , woda pitna  , często osobę do niesienia bagażu do 7kg , noclegi w namiotach oraz opiekę przewodnika.

Tak więc w grudniu 2017 zarezerwowałam swój trekking i wpłaciłam zaliczkę 200usd przez pay pal , która przepada w razie rezygnacji . Starałam się przygotować fizycznie do trekkingu , co udało mi się tylko w jakiejś części , gdyż ostatnie 2-3 miesiące przed podróżą trapiły mnie różne problemy zdrowotne , a ja byłam pełna obaw czy dam radę? Dobrze ze za namową bliskich postanowiłam spróbować mimo wątpliwości i była to bardzo dobra decyzja. Polecam jednak trenowanie w wchodzeniu pod górę i schodzeniu z góry , nawet wchodzenie po schodach w bloku wielopiętrowym  mogą służyć za trening.

By dotrzeć do Machu Picchu najpierw musimy dotrzeć do Cusco , które jest położone na wysokości 3400m . Wiele osób wybiera drogę lotniczą z Limy – najszybszą , jednak  wówczas często osoby te skarżą się na złe samopoczucie , przy tak nagłej zmianie wysokości  . Możemy wybrać się również autobusem z Limy , wtedy wysokość pokonujemy stopniowo , jednak podróż trwa prawie dobę.  W moim przypadku do Cusco dotarłam po 7h jazdy autobusem z Puno . Dwa dni przed datą rozpoczęcia trekkingu należało się stawić w agencji by wpłacić pozostałą część kwoty . Miałam trochę problemów ze zorganizowaniem od ręki większej gotówki , gdyż w bankomatach obowiązują limity – 200 USD czy 700  soli . Można także wybrać gotówkę bez prowizji w banku BFC , jednak tylko jeśli posiadacie wypukła kartę Visa. Siedziba banku jest przy jednej z ulic otaczających Plaza de Armas. Oprócz kwestii  formalnych , jest wysoce zalecane  przybycie do Cusco kilka dni wcześniej celem aklimatyzacji , trasa trekkingu w dużej większości przebiega na wysokości ponad 3000m , co wiąże się ze znacznie zmniejszoną zawartością tlenu , która może powodować bóle głowy , problemy z oddychaniem , kłopoty trawienne. W Cusco polecam picie naparów z liści koki , dla mnie było to wystarczające .

Kolejnym ważnym punktem jest spakowanie się na trekking , należy wziąć tylko najbardziej potrzebne rzeczy , gdyż to co nie zmieści się w torbie jaką otrzymujemy na swoje rzeczy , trzeba będzie nieść na własnych plecach . Ja akurat zdecydowałam się na dodatkowe 7kg , płatne 75 USD za cały trekking. Z uwagi na  niską wagę , obawiałam się dźwigania przez 4 dni i do tego na dużych wysokościach .

Co zabrać ;

-śpiwór +materac+kijki trekkingowe ( można wypożyczyć w agencji ). Kijki muszą mieć gumowe zakończenia-innych nie zezwalają.

-odzież termiczną +czapka+szalik +rękawice – noce są naprawdę chłodne.

-kurtka puchowa do spania na noc

-odzież typu goretex – spodnie i kurtka

-softshell

-polar ,kilka T-shirt , skarpety , bielizna

-wygodne buty trekkingowe , ja używałam marki Salomon z gortexem – spełniły moje oczekiwania

-sandały do chodzenia na kampingu

-latarka czołowa

-papier toaletowy +chusteczki  odświeżające ( użyłam chusteczek dla niemowląt jak to zalecali inni blogerzy)

-podstawowe kosmetyki

-apteczka w niej min leki przeciwbólowe , Diamox ( na chorobę wysokogórską- miałam , jednak nie musiałam korzystać) , leki na niestrawność , biegunkę , pastylki na gardło

-ręcznik szybkoschnący, Alpaca dostarcza jedynie mini ręczników do codziennej toalety

-zapasowe baterie do aparatu , latarki etc

-power bank- brak możliwości doładowania sprzętu elektronicznego w inny sposób.

-płaszcz przeciwdeszczowy- Alpaca dała również takie płaszcze , jednak moim zdaniem w razie silnego deszczu nie byłyby wystarczające , polecam więc zaopatrzyć się we własny.

-snaki typu orzechy , suszone owoce , batony energetyczne.

-krem przeciwsłoneczny +spray na komary( ten szczególnie przydatny w ostatnie dwa dni)

-pojemnik typu camel na wodę , jest wypełniany po każdym posiłku przegotowaną i ostudzoną wodą – min 2-3litry pojemności , ja nie dopijałam z reguły nawet 2 litrów- jednak ja ogólnie mało piję.

Nie możecie zapomnieć o ubezpieczeniu , tutaj należy również wziąć pod uwagę  by obejmowało ono akcję ratowniczą w tym użycie helikoptera – najlepiej na min 20tys eur . Ja skorzystałam z ubezpieczenia , które oferuje PZU wraz z Polskim Związkiem Alpinizmu -http://pza.org.pl/category/ubezpieczenia

Gł.  zalety tego ubezpieczenia  to ;

– działa w standardowej wersji aż do 6000m  , a w wersji rozszerzonej do 7600m .

-jest ważne przez rok

-działa prawie na całym świecie (poza Arktyką, Antarktydą i Grenlandią)

-obejmuje sporty ekstremalne

Tyle a propos przygotowań , a teraz przejdę do relacji z samego wydarzenia ;

Nadszedł w końcu wielki dzień 30.08.2018 , o 4h 20min do mojego hotelu przyjechała po mnie ekipa Alpaki , wraz już z innymi podróżnymi , tragarzami . Nasza grupa trekkingowa liczy 14 osób+2 przewodników +21 tragarzy +kucharz +pomocnik kucharza.

Większość osób jest z USA, w tym także grupa kolegów z Pakistanu tam mieszkających ,  jedna koleżanka z GB oraz włoska 4-osobowa rodzina . Grupa jest prowadzona po angielsku , więc czuję pewien dyskomfort  językowy z uwagi na brak praktyki ,choć wiedziałam o tym wcześniej . Grupa jest jednak bardzo miła i wieczorne posiłki przeciągają się w różne pogawędki. Wiekowo jest to przeważająco przedział 40+. Wszyscy bardzo sympatyczni .

Autobus zawozi nas do punktu początkowego  czyli na tzw. km 82 kolei , która jedzie do Aguas Calientes.  Po drodze tak potwornie trzęsie na końcowym odcinku , jako , iż droga była fatalna , iż po nieprzespanej nocy , żołądek odmawia posłuszeństwa , a ja zaczynam wątpić w siebie . Przede mną jeden z trudniejszych dni na szlaku , najtrudniejsze są pierwsze dwa dni , wówczas robimy też ponad połowę szlaku bo aż 30km z 45km . Bynajmniej tak ma rozplanowaną trasę Alpaca , są bowiem firmy , gdzie najtrudniejsze dni mają zaplanowane na dzień 2 i 3.  To powoduje ,że nie ma takiego ścisku na szlaku , mimo ,iż dziennie wchodzi na niego 500 osób ( łącznie z obsługą czyli tragarzami , przewodnikami ).

Jeszcze przed wejściem na szlak , ekipa Alpaca , szykują nam pożywne śniadanie , byłam pod wrażeniem jak szybko zorganizowali stoliki , ławki , posiłek , a potem wszystko pozbierali.  Trasa zaczyna się od sprawdzenia pozwoleń , które posiada nasz przewodnik oraz indywidualnie paszportu każdego z uczestników. Po przekroczeniu tego punktu , nie ma już drogi odwrotu musicie dojść do końca , choć w warunkach agencji ,była informacja , iż w skrajnych przypadkach pracownik Alpaca odprowadzi  turystę do najbliższego środka transportu /szpitala jeśli będzie to naprawdę konieczne.

nasza ekipa przed rozpoczęciem trekkingu przy wejściu na szlak

c.d.n

 

 

 

 

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Titicaca- najwyżej położone jezioro żeglowne świata

Titicaca było dla mnie jednym z ważniejszych miejsc do odwiedzenia w Peru .  To najwyżej położone żeglowne jezioro świata , leży na wysokości 3810m , część należy do Peru , druga do Boliwii. Na jeziorze są liczne wyspy( koło 87  )na których żyją rdzenni mieszkańcy w liczbie 3000 osób . Po stronie peruwiańskiej najpopularniejsze to Uros , Taquile i Amantani . Do Puno , które leży na brzegach jeziora  Titicaca , można dostać się zarówno z Arequipy  jak i Cusco autobusem np. Cruz del Sur , czy z Chivay ( kanion Colca) linią 4 M Express. Ja skorzystałam z tej ostatniej opcji- cena 50 USD . Poniżej znajdziecie więcej informacji o połączeniach .

http://www.4m-express.com/ruta_ca.htm

Z Chivay autobus odjeżdża spod hotelu La Pascana , w centrum miasteczka o godzinie 13h  w kierunku Puno .Plusem było dla mnie to , iż dodatkowo były 2 postoje w miejscach turystycznych ( krótkie po 10 minut)  ;

1 Patapampa -punkt widokowy na okoliczne wulkany- wysokość 4950m

Patapampa

2 Punkt widokowy Lagunillas – widok na zbiorniki wodne , można również dostrzec kormorany-wysokość 4445m .

Lagunillas

Podróż z Chivay do Puno trwała łącznie 6,5h , dotarłam już po zmroku . Jako , iż terminal autobusowy jest zlokalizowany poza centrum , umówiłam się na transport do hotelu z tą samą agencją , z którą następnego dnia miałam zarezerwowany rejs po Titicaca.

W Puno pierwszy raz mam hotel z ogrzewaniem , pierwszy raz nie marznę w nocy , choć tu pierwszy raz czuję trudy wysokości , czuję ucisk w klatce piersiowej i trochę trudniej się oddycha. Korzystam z roślinnych tabletek Alti Vital Natural oraz oczywiście spożywam herbatkę z liści koki  . W dzień rejsu na szczęście się już dobrze czuję.

Wycieczki na wyspy rozpoczynają się wcześnie , łódki wypływają o 8 rano . Skorzystałam z agencji Puno Tours – wycieczka jednodniowa na wyspy Uros i Taquile , wraz z lunchem , szybką łódką to koszt 35 USD. Można zarezerwować na ich stronie ;

https://punotours.com.pe/

Wycieczka zaczyna się z samego rana , początek dnia jest bardzo zimny , o 7 rano było -1 stopień , za to słonecznie , w ciągu dnia natomiast będzie dość ciepło , więc należy się ubrać ” na cebulkę” . W porcie jest masa łodzi motorowych , wypływamy o 8h i w ciągu 40 minut jesteśmy na wyspach Uros. Są one w całości zbudowane z trawy zwanej” totora” , która rośnie na jeziorze Titicaca . Przy zejściu na ląd mamy typowo turystyczne powitanie , następnie szef wspólnoty tu mieszkającej robi nam demonstracje jak buduje się wyspę od podstaw. Po założeniu fundamentu z korzeni traw -co tydzień przez 3 miesiące , układają trawy naprzemiennie warstwami . Potem robią to już tylko raz w miesiącu. Obecna wyspa , na której jestem ma 4 lata i jest przycumowana bambusowymi patykami by nie odpłynęła.

domki na wyspie Uros

Podczas wizyty kobiety ubrane w tradycyjne stroje , wykonują dla turystów śpiewy w kilku językach min w kechua ,  po hiszpańsku czy francusku .Dla mnie wyglądało to naprawdę sztucznie i typowo zaaranżowane pod turystów. Domki , w których mieszkają są bardzo skromne, od wewnątrz mają przyczepioną folię na dachu by nie przeciekały , prąd produkują przy użyciu baterii słonecznych. Mieszkańcy sprzedają także swoje rękodzieło , ceny jednak są dość zawyżone i nie widzę by ktoś dokonywał zakupu.

rękodzieło oferowane na wyspach Uros

Obok wyspy stoją przycumowane tradycyjne łodzie ,grupa ma okazję do krótkiej przejażdżki koło wyspy w cenie 10 soli .

tradycyjne łodzie na Uros

Następnie jedziemy na sąsiednią większą wyspę, także należącą do  Uros -tu jest nawet szkoła podstawowa , do średniej już uczęszczają na lądzie w Puno i większość z nich nie wraca już do tradycyjnego stylu życia na wyspach .Na tej większej wyspie jest bar na wolnym powietrzu dla turystów , jak i punkt , gdzie można sobie przybić stempel w paszporcie, co oczywiście robię.

wyspy Uros z oddali

Z Uros płyniemy na kolejną wyspę, która jest koło 1,5h drogi dalej, nazywa się Taquile. Docieramy tutaj koło 11.30 h. Zaraz po zejściu na ląd widać charakterystyczną bramę .

wyspa Taquile

Mamy ostre podejście pod górę na wysokości 3800m , trzeba więc iść po mału , by się zbyt nie zmęczyć. Tutaj w cenie wycieczki mamy lunch przygotowany przez kilka miejscowych rodzin , społeczność wymienia się  wzajemnie , przy obsłudze turystów , tak by każda rodzina miała możliwość pozyskania środków finansowych.

Taquile

Podają na początek lokalny chleb z pyszną pikantą przystawką , następnie  tradycyjną zupę z quinoa ,a na drugie danie do wyboru pstrąg z ziemniakami  i warzywami ,albo w wersji wege omlet z warzywami. Wcześniej miałam wątpliwości czy zdecydować się na posiłek na wyspie , znając skromne standardy , w tym również higieniczne i związane z tym obawy o mój żołądek. Na szczęście zostałam pozytywnie zaskoczona , jedzenie było pyszne i nic mi nie zaszkodziło . Tutaj także dowiedziałam się , że na wyspie rośnie roślina chroniąca także przed chorobą wysokościową zwana – munia , z której również parzy się herbatę , a nieraz miesza z innymi ziołami , jak liście koki.

munia – roślina na chorobę wysokogórską

Wracając do lunchu na Taquile , po posiłku był pokaz tańców w wykonaniu starszego rodu-87 lat z miejscowymi kobietami , a także włączono kilku turystów. Dowiedziałam się ,że ludzie tutaj dożywają 90-100 lat w dobrej kondycji i nie chorują 20 lat przed śmiercią jak u nas. Cóż czysta, prosta żywność  , brak stresu , tego czego my nie mamy na co dzień.  Po ugoszczeniu przez lokalne rodziny udajemy się jeszcze na główny plac wyspy , gdzie również  można nabyć wyroby z alpaki , jak czapki , szaliki  i inne.

wyspa Taquile -główny plac

Z placu jest bardzo ładny widok na jezioro , niedaleko stąd jest już Boliwia z wyspą Słońca i Księżyca. W pobliżu znajduje się również wyspa Amantani i to tam głównie nocują turyści u lokalnych rodzin , bez elektryczności i w bardzo skromnych warunkach.

Cała wycieczka kończy się koło 15.30 , popołudnie przeznaczam na spacer ulica handlową i zakup pamiątek , obejrzenie Plaza de Armas , w sumie w mieście nie ma zbyt nic ciekawego.

 

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Kanion Colca

Kanion Colca jest uważany za najgłębszy kanion na Ziemi , choć wciąż  trwają spory , czy nie jest nim położony w rejonie Arequipy wąwóz  Cotahuasi, ja odwiedziłam jedynie ten pierwszy i na nim się skupię.  Wysokość ścian kanionu to z jednej strony 3300m  i 4200m z drugiej strony , długość kanionu wynosi 120km.  Osobami  , które jako pierwsze pokonały rzekę w kanionie Colca  byli  właśnie Polacy w 1981 roku , przy zejściu do oazy Sangalle , od strony Cobanaconde , jest tablica upamiętniająca to zdarzenie.

  1. Jak dotrzeć :

Moża tu tutaj dojechać autobusem zarówno z Arequipy , jak  i z Puno. Największy wybór połączeń mamy z Arequipa. Jest tutaj sporo lokalnych firm przewozowych , jak i prywatnych busów , które przewożą wycieczki zorganizowane na Cruz del Condor.  Najpierw musimy sobie określić co nas interesuje , czy zorganizowany wyjazd czy na własną rękę. Zorganizowane wyjazdy są 1 lub 2- dniowe , ich ceny są przystępne , jednak mają jedną zasadniczą wadę. Turysta spędza min 8-9h w busie , by na samym Cruz del Condor być maksymalnie godzinę , a czasem i mniej. Dużo więc zależy od czasu jakim dysponujemy i czy chcemy jedynie zaliczyć czy co zobaczyć  coś więcej. Dla mnie osobiście tułać się busem na jeden dzień by chwilę  pobyć na Cruz del Condor , pełnym przepychających się ludzi , a są tam niemal tłumy ,nie było sensu. Z uwagi na to  zachęcam do spędzenia 2-3 nocy w kanione Colca , by móc spokojnie podziwiać różne punkty kanionu , czy wybrać się na oglądanie kondorów po południu , gdy te wracają z powrotem do swoich gniazd. Przy wjeździe do doliny Colca , zwykle w  Chivay jest pobierana opłata za wstęp do kanionu-70 soli , Latynosi mają zniżkę.

Jeśli chodzi o busy lokalne to najbardziej znane 3 firmy  to ; Andalucia , Reyna Milagros .

Rozkład jazdy  z  AREQUIPA – CHIVAY – CABANACONDE

BUS Odjazd Przyjad do Chivay Przyjazd do Cabanaconde Stacja Cena
ANDALUCIA 09:30 am 13:00 pm 15:00 pm TERMINAL TERRESTRE S/17.00 – $7.00 approx.
REYNA 11.00 am 14.30 pm 16.00 pm TERMINAL TERRESTRE S/17.00 – $7.00 approx.
MILAGROS 14.00 am 17.00 am 19.00 pm TERMINAL TERRESTRE S/17.00 – $7.00 approx.
REYNA 1.00 am 4.00 am 6.00 TERMINAL TERRESTRE S/17.00 – $7.00 approx.
MILAGROS 3.00 am 6.00 am 9.30 pm TERMINAL TERRESTRE S/17.00 – $7.00 approx.

Powrót do z Cabanaconde  do   Arequipa przez Chivay .

BUS Odjazd Przyjazd do Chivay Przyjazd do Arequipa Stacja Cena
REYNA 6.30 am 8.30 am 12.30 pm PLAZA DE ARMAS S/17.00 – $7.00aprox.
ANDALUCIA 9.00 am 11.00 am 15.30 pm PLAZA DE ARMAS S/17.00 – $7.00aprox.
MILAGROS 11.00 am 13.30 am 17.30 pm PLAZA DE ARMAS S/17.00 – $7.00aprox.
REYNA 14.00 pm 16.00 pm 19.30 pm PLAZA DE ARMAS S/17.00 – $7.00aprox.
MILAGROS 22.00 pm 24.00 pm 5.00 am PLAZA DE ARMAS S/17.00 – $7.00aprox

Tak ma się sprawa z autobusami  publicznymi , nie korzystałam , jednak na pierwszy rzut oka te które widziałam , wyglądały przyzwoicie , problemem może stanowić to ,że mogą być zatłoczone .

Skorzystałam z opcji busa turystycznego ( koszt 18,5 USD ze śniadaniem w Chivay)  , który zakupiłam poprzez mój hostel w Cabanaconde –  Pachamama – na ich stronie można znaleźć wiele pożytecznych informacji o trekkingach w okolicy , połączeniach autobusowych , można również za ich pośrednictwiem zakupić bilet .Polecam

http://pachamamahome.com/

W kanionie Colca jest kilka miejscowości , gdzie można się zatrzymać , największa z nich to Chivay , ale także są i mniejsze  jak  Yanque  czy Cabanaconde ( zarazem ostatni przystanek autobusów z Arequipy). Zorganizowane wycieczki na Cruz del Condor z noclegiem zwykle zatrzymują się w Chivay lub Yanque , jednak moim zdaniem najciekawszym punktem wypadowym do oglądania kanionu jest Cabanaconde , tutaj także rozpoczynają się szlaki po samym kanionie.

Mimo , iż skorzystałam z busa turystycznego wraz z postojem na Cruz del Condor , który trwał jedyne 20 minut , czułam niedosyt oraz rozczarowanie ,koło 8.30 była tam cała masa ludzi i busów wszelkiej maści. Cruz del Condor jest oddalony jedynie o 16km od Cabanaconde i jest położony na wysokości 3650 m .Z uwagi właśnie na tak duże zatłoczenie , zarezerwowałam z hostelem również wycieczkę na Cruz del Condor , ale w godzinach popołudniowych koło 14.30 następnego dnia. Wówczas panował już spokój , także zobaczyłam kondory , choć w mniejszej ilości , oraz miałam możliwość przespacerowania się wzdłuż kanionu koło 2km , pomiędzy punktami widokowymi .

kondory szybujące nad kanionem na Cruz del Condor

Cabanaconde z kolei to spokojne i malutkie miasteczko , jest tu ledwie kilka hosteli i restauracji przy Plaza de Armas . Wielkim plusem miasteczka jest kilka punktów widokowych , na które można dojść pieszo .

  • Mirador de  San Miguel -3400m , jadąc autobusem  z prawej strony tuż przed wjazdem do Cabanaconde widać  tabliczkę informującą o tym punkcie widokowym.  Wyruszając z miasteczka , trzeba iść asfaltem w kierunku Cruz del Condor , mijając cmentarz oraz tuż przed Muzeum Juanity( było zamknięte podczas mojej obecności ) skręcić w lewo i iść prosto , w bliskim sąsiedzctwie są dwa punkty widokowe , jednak brak dokładnych oznaczeń niestety , widoki za to piękne.

  • Mirador de Achachiwa -3320m – z miasteczka w pobliżu  Plaza de Armas  trzeba znaleźć i  podążać ulicą Bolivar  aż do areny walki byków pomalowanej na czerwono , tutaj są dwie opcje , jest tabliczka z nazwą Mirador de Achachiwa i idzie się prosto jakieś 10 min i mamy punkt widokowy. Właściwym   punktem widokowym jest jednak trochę dalszy punkt, mianowicie ,  należy skręcić w lewo przy  czerwonej arenie , a następnie w prawo , przejść ,aż do starego opuszczonego boiska sportowego , a potem jeszcze kawałek prosto i dojedziemy do bambusowego  daszku , z którego rozpościera się piękny widok na kanion.

Mirador de Achachiwa

  • Mirador de Cejana- 3300m – tutaj zaczyna się także szlak do oazy Sangalle . Z Plaza de Armas  należy podążać ulicą Polonia , cały czas prosto , gdy skończą się zabudowania należy skręcić w prawo , zgodnie z napisanym na murze znakiem Sangalle , iść  wydeptaną ścieżką pośród pól , aż dojdziemy do krzyża , gdzie znajduje się punkt widokowy , jak i zwykle kontrola biletów( boleto turistico) , które należy nosić przy sobie.

Mirador de Cejana

Stąd jak pisałam jest opcja zejścia na sam dół kanionu do oazy Sangalle , która znajduje się na wysokości 2100m. Cała trasa ma 8,8km , jednak różnica poziomów w jedną stronę to 1200m. Zejście jest dość strome , jednak potem jeszcze trzeba wejść tyle samo pod górę , niektórzy korzystają z opcji mułów ( dostępna tylko pod górę) . Z Sangalle jest opcja dojścia do kolejnych wiosek rozrzuconych na zboczach kanionu jak Tapay  czy San Juan de Chuccho.

widok na oazę Sangalle

Z Cabanaconde można się również wybrać  do pre-inkaskich ruin Kallimarka  położonych na wysokości 3700m. Cała trasa wynosi 6km i zajmuje mniej więcej 4h, należy wyjść z miasteczka w kierunku Huambo , a następnie podążać za oznaczeniami.

Cabanaconde , mimo , iż wygląda na ubogie miasteczko , szczyci się pięknymi widokami ,które go otacza ,nie ma tu tłoku turystów , jestem zadowolona ze swojego wyboru.

Cabanaconde

 

 

Pachamama hostel restauracja

W drodze powrotnej z Cabanaconde   do Chivay , możemy podziwiać preinkaskie tarasy uprawne , gdzie wciąż sadzi  się fasolę , ziemniaki i inne, a z ośnieżonej góry , która góruje na zdjęciu , wypływa rzeka Amazonka.

widok na tarasy preinkaskie w dolinie Colca

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Peru -informacje praktyczne i plan podróży

       Moja podróż do Peru , rodziła się prawie 2 lata , już wtedy byłam o krok od kupienia biletów lotniczych , jednak prasowe informacje o napadach na autobusy głównie te międzymiastowe , na ówczesny moment odwiodły mnie od wyjazdu. Jak to mówią do wszystkiego trzeba dojrzeć i w tym roku w końcu dojrzałam do samotnej wyprawy do kraju Inków. Celem przewodnim było zrealizowanie kolejnego marzenia trekkingowego czyli Camino Inca – 45km pieszo przez Andy do Machu Picchu . Peru , jednak ma tak wiele do zaoferowania , że oczywiście chciałam połączyć wędrówkę do inkaskich ruin z innymi pięknymi miejscami.

Peru -kiedy jechać ? zależy co zamierzacie robić i jakie miejsca odwiedzić. Pora deszczowa wyraźnie jest zaznaczona od listopada do marca , w lutym jest zamknięte Camino Inca.  Najmniej deszczowe ale tez najchłodniejsze  miesiące , to czas naszego lata ; czerwiec-sierpień, Lima wówczas jest zwykle spowita mgłą , jest deszczowo i chłodno , choć właśnie jest to najlepszy czas na trekkingi górskie.

Waluta -można posługiwać się zarówno dolarami amerykańskimi ,jak i euro. Walutą narodową jest nowy sol peruwiański.  Kurs wymiany USD zwykle oscylował w okolicy 3,25 soli za 1 usd, za euro natomiast płacono 3,8 sola.  Poza małymi wioskami , jest dużo bankomatów , jak i jest możliwość płacenia kartą ( nieraz za dodatkową opłatą np. 5% transakcji ). Polecam korzystanie z bankomatów BFC , nie pobierają prowizji , w pozostałych jest prowizja na poziomie 18 soli .  Karta Visa daje więcej możliwości niż Mastercard ( nie wszędzie ją akceptują). W Bankach BFC jest także możliwość pobrania gotówki w większej kwocie bez prowizji – jednak tylko na bazie wypukłej karty VISA.

Uwaga   np. w Cusco we wszystkich bankomatach był podobny limit wybrania gotówki; 200 Usd lub 700 soli , sama doświadczyłam problemów z zorganizowaniem większej kwoty w jeden dzień właśnie z tego powodu- ostatecznie musiałam wybrać gotówkę kilkoma różnymi kartami.

Czas- latem od naszego czasu należy odjąć 7h do tyłu.

Połączenia lotnicze i transport krajowy ;  jedną z najtańszych opcji  dotarcia do Peru ,daje przelot Iberią z Madrytu ,poza tym Air France czy Latam  oraz inne . Wewnątrz Peru mamy kilku  lotniczych operatorów krajowych ; Latam , Star Peru , Lc Peru, Avianca – polecam pierwszą z tych firm , mają dużo połączeń i są terminowi .

Jeśli chodzi o transport autobusowy   jest bardzo wiele firm przewozowych , choć nie polecam tu  oszczędności , gdyż w grę wchodzi temat bezpieczeństwa ( jest dużo wypadków drogowych czy napadów na autobusy) . Sama korzystałam z firmy Cruz del Sur-bilety można kupić online tutaj ; http://www.cruzdelsur.com.pe/

Ciekawą opcją choć nie korzystałam wydaje się być sieć połączeń autobusowych  Peru Hop, która oferuje przystanki w najciekawszych miejscach turystycznych .

Wizy-nie są wymagane  dla Polaków przy pobycie turystycznym do 180 dni.

Wracając teraz do mojej podróży ,cały pobyt trwał pełne 3 tygodnie . Podróż została ułożona tak , by nie podróżować nocą autobusami a dłuższe odcinki pokonywać samolotem . Wyglądała on mniej więcej tak;

1)Lima-Arequipa- samolot -linie LATAM

Niestety w Arequipie zamiast 1,5 dnia , spędziłam ledwie kilka godzin +nocleg. Wynikło to ze sporego opóźnienia w dotarciu do Limy z Madrytu , jak i problemu z odbiorem bagażu.

Dla znających hiszpański przybliżony opis zdarzenia przez peruwiańską prasę tutaj :

https://peru21.pe/peru/pasajeros-pasaron-noche-aeropuerto-pisco-422235

Po krótce wyglądało to tak – tuż przed moim  lądowaniem w Limie , lotnisko zostało zamknięte , gdyż samolot linii LC Peru miał awaryjne lądowanie .Samolot Iberii został przekierowany do Pisco- malutkie lotnisko krajowe , niedawno otwarte , nieprzygotowane do tak dużych samolotów , bez infrastruktury w postaci kontroli paszportowej , celnej , kawiarni , w skrócie , poza tym ,że lotnisko jest nowe , nie ma na nim praktycznie nic.

Wylądowaliśmy w Pisco o 18.30 ,przez kolejnych 6h pasażerowie z Madrytu , po 12 -godzinnym locie byli trzymani w samolocie na płycie lotniska , w oczekiwaniu na powrót do Limy , jednak to się nie udało. Po długim oczekiwaniu na tankowanie , samolot miał problem z ponownym wznowieniem lotu ( problem z systemem zasilania), a potem dodatkowo pilotom skończył się dopuszczalny czas pracy. Po północy mogliśmy w końcu opuścić samolot , zorganizowano odprawę paszportową , jednak wciąż całą noc koczowaliśmy na lotnisku , bez wody , bez jedzenia i bez możliwości zakupu powyższego. Dopiero o 9 rano następnego dnia  przyjechały autobusy by zawieźć nas do Limy , podróż trwała kolejne 4h . Na lotnisku w Limie okazało się ,że bagaż doleci dopiero następnego dnia z Pisco . Mi osobiście przepadł kolejny lot do Arequipy , dwie noce w hotelach , które miałam zarezerwowane wcześniej.  LATAM , jednak okazał się tak dobroduszny , iż mimo ,iż zgłosiłam się do nich już po odlocie mojego samolotu , przebukowali mi lot bez kosztów na kolejny dzień. W ten sposób moja podróż została zmodyfikowana z przyczyn ode mnie niezależnych. Jak to mówią wszystko dobre co się dobrze kończy , ostatecznie reszta podróży przebiegła już niemal bez zakłóceń.

2) Arequipa -Cobanaconde( kanionColca)  -autobus  turystyczny – niestety wszystkie odjeżdżają koło 3.30-4 rano by dotrzeć  koło 8.30-9h na Cruz del Condor-czyli punkt obserwacji kondorów wzbijających się  wtedy ponad  kanion. Alternatywą  są busy lokalne – różne  godziny   odjazdów

W kanionie Colca spędziłam 2 dni , odwiedzając okoliczne punkty widokowe

3)Cabanaconde-Chivay-Puno-bus lokalny +4M EXPRESS ( nie ma tu innych opcji transportu publicznego , jeśli nie chcecie się wracać do Arequipa)

Chivay-Puno- 6h jazdy -bus turystyczny z przystankami na punktach widokowych

W Puno oczywiście główną atrakcją jest rejs po jeziorze  Titicaca z odwiedzeniem wysp ( w moim przypadku Uros i Taquile)  i ich mieszkańców.

4) Puno-Cusco- firma  Cruz del Sur – 7h30 min – wg rozkładu miało być 6h

Cusco ma piękne centrum z licznymi kościołami , Plaza de Armas .W okolicy również jest masa atrakcji jak Valle Sagrado , Góra 7 kolorów czy przede wszystkim Machu Picchu  – z opcją trekkingu .

Sama ostatecznie z różnych powodów , także organizacyjnych dot. Camino Inca ograniczyłam się do zwiedzenia Cusco . Udało mi się zrealizować Camino Inca – czyli 4 dni / 3 noce pieszo do Machu Picchu , oraz zdecydowałam się na zakup dodatkowego wejścia na Machu Picchu  na drugi dzień po zakończeniu trekkingu wraz z wejściem na przylegającą do niego górę Machu Picchu Mountain -3067m

5) Cusco-Lima- samolot -linie LATAM

Lima jest wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco – centrum historyczne na pewno jest warte zobaczenia!

6.)Lima-Paracas-Lima – firma  Cruz del Sur – w jedną stronę do 4h

7 )Paracas-Ica-Paracas- firma Cruz del Sur -1h40min w jedną stronę

W okolicy Paracas odwiedziłam wyspy Ballestas-zwane Galapagos dla ubogich , Rezerwat Paracas – jest  jednym z najsuchszych miejsc na ziemi.

Wybrałam się także do miasteczka Ica oraz do oazy Huacachina

Reasumując czemu przede wszystkim  warto odwiedzić Peru;

  1. posiada najgłębszy kanion na świecie- wciąż trwają tam spory czy jest to kanion Colca czy drugi  podobny położony również w rejonie Arequipy.
  2. posiada najwyżej położone żeglowne jezioro świata -Titicaca- 3810m
  3. Machu Picchu -jest  jednym z siedmiu nowocześnie wybranych cudów świata
  4. Lima -wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco
  5. do Peru należy część największej dżungli świata ( warto odwiedzić Iquitos)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano | Dodaj komentarz

Sycylia w pigułce część III

Drugą część naszego pobytu spędziliśmy w Syrakuzach , tu przez następne dni mieściła się nasza baza wypadowa . Syrakuzy poza tym – przede wszystkim jego stara część zwana Ortigią , to naprawdę miasto godne uwagi . Trzeba pamiętać ,że wjazd  do tej części miasta  jest możliwy przez jeden z dwóch mostów ,jednak jest ściśle ograniczony godzinowo . Są tablice informacyjne , kiedy można , a kiedy nie ,  wjechać bez specjalnej karty , którą zwykle legitymują się mieszkańcy tej części Syrakuz.

Mamy tutaj niekończący się labirynt uliczek , starych kamienic , kościołów – najpiękniejszy z nich to oczywiście katedra Duomo , jak i również warty uwagi jest plac przed nią tzw Piazza del Duomo. Katedra została zbudowana na ruinach świątyni greckiej  poświęconej bogini Atenie -pozostało jeszcze kilka oryginalnych kolumn z tego okresu zarówno wewnątrz jak i  w środku- warto zobaczyć.

Duomo i Piazza del Duomo-Syrakuzy

Jest też sporo innych ciekawych i urokliwych miejsc .

Madonna delle lacrime-kościół Syrakuzy

 

Fontanna di Artemide-Syrakuzy

Warto przejść się nabrzeżną promenadą.

Syrakuzy

Czy po prostu zgubić się pośród labiryntu uliczek .

Syrakuzy-Ortigia

Dla lubiących muzea , w części zabytkowej Ortigia – można zwiedzić muzeum papirusa . Natomiast trochę dalej i już poza Ortigią , jest kompleks archeologiczny Parco Archeologico della Neapolis- wstęp 10 eur , już odpuściliśmy , bowiem w całej Sycylii jest sporo takich obiektów  .

Następnym ważnym punktem do zobaczenia w okolicy jest oczywiście wybranie się na wulkan Etna , dla mnie był to jeden z najważniejszych punktów wycieczki , gdyż od jakiegoś czasu mocno fascynują mnie wulkany.

Etna z oddali

Z Catanii należy się kierować drogą SS121 w kierunku Rifugio Sapienza ,  jako iż byliśmy zimową pora i na zboczach Etny leżało sporo śniegu wybraliśmy opcję wjechania kolejką .Właśnie spod tego schroniska wyjeżdża kolejka linowa na wysokość 2500m , sam wulkan ma 3329m. Dalej można  jeszcze wyżej dotrzeć mikrobusem na wysokość 2920m. My poprzestaliśmy na kolejce( grudzień -marzec kursuje od 9 do 15.45  ,latem do 16.15)  + niewielkie podejście pod górę na wysokość 2650m  by mieć lepszy widok na wulkan. Koszt wyjazdu kolejką tam i z powrotem to 30 eur od osoby , jeśli do tej opcji dodamy minibus koszt wzrasta do 63 eur .Można oczywiście wejść pieszo , jednak warunki klimatyczne muszą na to pozwalać. Gdy jechaliśmy w kierunku Etny , pogoda nie napawała optymizmem , gdyż duża część wulkanu była pokryta gęstymi chmurami , mimo słonecznego dnia , jednak , gdy przebiliśmy się wyżej -schronisko leży na 1923m – tutaj już było słonecznie choć chłodno-ledwo 5-6 stopni na plusie.

Etna

 

Etna

Etna za chmurami zachodzącego słońca

Kolejnym punktem wartym uwagi , jest mniej znany zapewne wąwóz Alcantara(www.golealcantara.com) ,należy kierować się z Catanii w kierunku Taorminy – odbijając w okolicy Giardini -Naxos na Golle dell ‚Alcantara . Wstęp kosztuje 10 eur. Mamy  tutaj spacer trwający koło 45 min pośród drzew cytrusowych z punktami widokowymi do wnętrza kanionu , przez który płynie rzeka.

Gole dell’Alcantara

Gole dell’Alcantara

 

Gole dell’Alcantara

Można zejść pieszo do samego początku kanionu , latem można pobrodzić w wodzie .

Gole dell’Alcantara

W okolicy są szlaki piesze , nam jednak pogoda nie dopisała , początkowo mocno padało , a potem mimo ,że się przejaśniło , było dość niepewnie , więc stamtąd udaliśmy się do kolejnego urokliwego zakątka jakim jest Taormina. Piękne miasteczko położone na wzgórzu , z widokiem na Etnę w pogodne dni.  Została założona w IV w p.n.e. Są tutaj ruiny amfiteatru greckiego , z głównej promenady miasteczka są oznaczenia jak tam trafić. Koszt 10 eur , czynny do zmierzchu.

Taormina-teatr grecki

Wartym uwagi jest duomo czyli katedra .

Duomo-Taormina

Taormina

Taormina to miasteczko letnie dla wielu mieszkańców Sycylii , najbliższą dostępną plażą jest Lido Mazzaro , na którą można dojechać z miasta kolejką linową , tą atrakcje już sobie odpuściliśmy, woleliśmy pospacerować uliczkami miasta podziwiając także bardziej odległą panoramę.

widok na  okolicę z Taorminy – w oddali widok na zachmurzoną Etnę

 

Opublikowano SYCYLIA 2017 | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Sycylia w pigułce część II

W drugiej części tej relacji , wrócę jeszcze do  okolic Trapani,  będąc w okolicy – warto się wybrać do Segesty- to starożytne miasto założone przez Elymów , możemy tu zobaczyć pozostałości ruin starożytnych . Jest to jedno z piękniejszych i lepiej zachowanych miejsc tego typu na Sycylii. Dotarcie do kompleksu wymaga pozostawienia auta na parkingu oddalonym koło 1km od wejścia- płatny 5 eur , w tej cenie autobus zabierze nas do samego kompleksu , niezależnie  od liczby pasażerów. Opłata za wstęp do kompleksu to  6 eur od osoby.

Możemy tu obejrzeć  niedokończoną świątynię pochodzącą z V w p.n.e . W całości zostało zachowane 36 doryckich kolumn.

świątynia w Segesta

 

świątynia w Segesta

Drugim obiektem do zwiedzania są ruiny teatru greckiego , można podejść do niego pieszo koło 1200m od kas w jedną stronę lub skorzystać z autobusu – płatne 1,5 eur. Teatr pochodzi z III w p.n.e i rozciąga się z niego piękny widok na zieloną okolice .

teatr grecki-Segesta

Po tej wizycie , resztę dnia wykorzystaliśmy na oglądanie Palermo. Mimo ,że większość twierdzi ,że potrzeba min 2 dni by zwiedzić miasto , nam pół dnia wystarczyło. Moje wrażenia z tego miasta to głównie nadmierny ruch uliczny i wszechobecny brud. Owszem na starym mieście jest trochę ładnych kościołów-część zamknięta czy innych zabytków , wartych zobaczenia. Oto kilka obrazków z Palermo poniżej ;

katedra w Palermo

fontanna Pretoria

La Martorana z XII w z mozaikami bizantyjskimi

Ale Palermo to również to ;

brzydka strona Palermo

W jeden dzień też wybraliśmy się z Trapani na jedną z wysp archipelagu Egadów -najbliżej położoną Favignana . Korzystamy tu z Liberty Lines – wypływa niemal co godzinę  od 6.50 do 19.30 – dokładny rozkład na http://www.libertylines.it. Koszt biletu w jedną stronę -11 eur od osoby , płynie koło 45 minut , zatrzymując się po drodze na wyspie Levanzo  , która jest niemal naprzeciw.  Dalej od 2 wymienionych wysp znajduje się wyspa Maretimo ,która jest polecana dla miłośników przyrody i pieszych wędrówek. Pogoda jest średnia , a gdy dopływamy na wyspę , zaczyna już popadywać , autobus , który normalnie odjeżdża z okolic portu , stoi zaparkowany i dziś nic nie kursuje , mimo ,że jest to dzień roboczy. W informacji , która jest blisko portu , słyszymy ,że jedyną opcją jest wynajęcia auta lub skuterka , więc rezygnujemy .

Favignana

Na wyspie do 1977 funkcjonowała fabryka tuńczyka , założona przez Vincenzo Florio , który wymyślił sposób  konserwacji tuńczyka w puszce , co stało się rewolucją w tym przemyśle. Dawną fabrykę widać zaraz po wpłynięciu do portu .Obecnie znajduje się tam muzeum, które również było zamknięte podczas naszej bytności .

dawna fabryka tuńczyka

 

 

Opublikowano SYCYLIA 2017 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Sycylia w pigułce część I

Sycylia  jest podobno  piękna przez cały rok , my wybraliśmy  się w grudniu . Trochę było obaw o złą pogodę, zwłaszcza deszcze . W sumie jeden dzień dość mocno padało , poza tym w większości było słonecznie z temperaturą w dzień 12-15 stopni , w nocy 8-10 stopni .

Przylecieliśmy tutaj linią Wizzair do Katanii i to była właściwa decyzja , bo przez moment myślałam o Ryananir do Trapani i powrót z Katanii Wizzairem. Po ostatnich zawirowaniach z Rynanair , nie chcieliśmy się narażać na ponowy stres , jaki mieliśmy jadąc w Dolomity 2 m-ce wcześniej .

Jeśli chodzi o zakwaterowanie  -mieliśmy dwa – najpierw w Trapani jako baza wypadowa , a następnie w Syrakuzach . Podzieliliśmy wyspę na 2 części , gdyż odległości są większe niż się wydaje. Jest kilka autostrad , w większości darmowych , jednak jadąc lokalnymi drogami , traci się sporo czasu.

Po odebraniu auta na lotnisku w Katanii – decydujemy by najpierw jechać północną stroną wyspy  do Trapani.  Zatrzymujemy się w nadmorskim  miasteczku Cefalu , troszkę zbaczając z drogi. Jest to urokliwe miejsce i warto pospacerować uliczkami starej części miast , jak i spojrzeć na morze .

cefalu duomo( katedra)

Wieczorem dojeżdżamy do Trapani , mamy apartament na starym mieście .  W sumie najmniej czasu chyba poświęciliśmy na zwiedzanie miasta , choć też znów nie ma tak dużo do zwiedzania. Następnego dnia wybieramy się do Erice- średniowiecznego miasteczka położonego na wzgórzu o wysokości 750m górującym nad Trapani. Można tam dostać się autem , autobusem  jak i kolejką  . My wybieramy kolejkę. Bilet wjazdu tam i z powrotem  kosztuje 9 eur.

Miasteczko jest otoczone murami , szczególnie warte uwagi jest katedra oraz zamek Castello  di Venere . Warto powłóczyć się wąskimi uliczkami i poczuć klimat dawnych dziejów .Poniżej katedra zwana Duomo , zbudowana w 1312 roku , przynależy do niej także 28- metrowa dzwonnica, z której rozpościerają się piękne widoki na okolice.

Erice – Duomo ( katedra)

dzwonnica przy katedrze w Erice

 

Zamek Castello di Venere

Zamek został zbudowany w XII/XIII na miejscu świątyni Venus , która przez wieki była miejscem kultu  dla starożytynych Greków , Fenicjan , Rzymian . Można zwiedzić patio zamku , skąd rozpościera się widok z jednej strony na saliny obok Trapani, z drugiej na wybrzeże , siegając san Vito lo Capo podczas ładnej pogody.

patio Castello di Venere

Erice- via Giudaica

Kolejny dzień spędzamy na wizycie w przepięknym parku  Reserva Naturale dello Zingaro -wybieramy się tam w Dzień Bożego Narodzenia , z lekką wątpliwością czy będzie otwarty. To pierwszy Park Narodowy na Sycylii, otwarty w 1981  roku. Do Parku są dwa wejścia – główne 2km na północ od malutkiego miasteczka Scopello  , jak i od strony San Vito Lo Capo – 12km niżej . Z tego co doczytałam , nie ma możliwości dojazdu tutaj komunikacją publiczną .Park jest otwarty  zimą ( październik-marzec) od 8h do 16h , latem ( kwiecień-wrzesień) od 7 do 19h. Pełny bilet wstępu – 5 eur. Tu nas spotyka miła niespodzianka , mimo , iż jest portier , wpuszcza nas gratis z uwagi na 25.12. Dzień także mamy słoneczny i ciepły , a ciepły ubiór jaki wzięłam okazał się zbędny .Główny szlak w parku , biegnie tuż przy morzu i wynosi 7 km ( jakieś 4h tam i z powrotem ) wracając tą samą trasą. Przy szlaku są liczne odgałęzienia do malutkich plaż ukrytych pośród skał.

Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej http://www.riservazingaro.it/index.php?lang=en

Dużo pomogła nam mapka jaką tam znalazłam i wklejam poniżej , gdyż poza głównym szlakiem , reszta nie jest zbyt dobrze oznaczona.

mapka parku Zingaro

 

Park Dello Zingaro

Park Dello Zingaro

Park Dello Zingaro

 

Park Dello Zingaro- grotta dell” Uzzo”

Gdy doszliśmy w pobliże drugiego wejścia do parku , zamiast wracać tą samą drogą , stwierdziliśmy ,że wrócimy przez interior parku . Skorzystaliśmy z żółtego szlaku- który jest odnogą czarnego .

na żółtym szlaku – Park Zingaro

Pnie się on cały czas ku górze , w pewnym momencie dochodzimy do rozwidlenia szlaków i w dużej części kierujemy się intuicją bo oznaczenia nie są jednoznaczne. Wg mapki powyżej podążamy potem szlakiem fioletowym , który zastraszająco wciąż pnie się ku górze , droga jest wąska i śliska , jest wilgotno i coraz wyżej. Oboje już czujemy pewien lęk czy czasem nie zabłądziliśmy , jednak decydujemy się kontynuować.  W końcu dochodzimy do punktu skąd rozpoczyna się schodzenie , czujemy ulgę , droga też jest już łatwiejsza.

Gdy już zeszliśmy na dół okazuje się ,że szlak , który obraliśmy był w ogóle zamknięty .  Cała przygoda dobrze się skończyła i zdążyliśmy przed zmierzchem wrócić . Dzień w Parku Zingaro był najlepszym dniem spędzonym na Sycilii- wynika to zapewne także z mojego umiłowania do kontaktu z naturą .

Jedno popołudnie także poświęciliśmy do zajrzenia na pobliskie Trapani solniska- tzw Saline di Trapani . Nie wywarło to na mnie jednak jakiegoś wielkiego wrażenia.

Saline di Trapani

Saline di Trapani

W Marsali z kolei najbardziej  podobał  mi się zachód słońca , który można było stamtąd obserwować.

Marsala- zachód słońca

 

 

Opublikowano SYCYLIA 2017 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Trekking w środku raju-cyrk Mafate( Reunion) część IV

Dzień czwarty-Roche Plate-La Nouvelle

Podobnie jak w innych miejscach , tutaj także mam dwie opcje dotarcia do następnego punktu mojego trekkingu.

1 Trasa do La Nouvelle przez Trois Roche- gdzie jest piękny wodospad- czas przejścia wg tabliczki 5h 30 min

2. Trasa do La Nouvelle przez Fond de Mafate – wg oznaczeń 4h.

Przez chwilę miałam dylemat , jednak , gdy wzięłam poprawkę ,że trasa nr 1 może mi zając nawet do 8h , nie odważyłam się samotnie zaryzykować , szybko się zmierzcha – koło 18. 30h , więc to także warunkuje planowanie . W dniu dzisiejszym pogoda także nie rozpieszcza , jest pochmurnie i momentami lekko mży. Pierwsza część trasy to dojście do szczytu zwanego Le  Bronchard-1200m . Jest to dość łatwy odcinek , gdyż wychodzę z poziomu 1100m. Po dojściu na szczyt , rozpoczyna się schodzenie w dół do koryta rzeki ,tu stykam się pierwszy raz z wąską ścieżką biegnącą wysoko bez zabezpieczenia barierką, odcinek jest króciutki , jednak trzeba uważać by nie dostać zawrotu głowy patrząc w dół.

widok z Le Bronchard

Tym razem czeka mnie przeprawa przez rzekę ,aż 3 razy , pierwsze dwa idą dość sprawnie, jednak w ostatnim  miejscu napotykam trudności-woda sięga  mi prawie po pas ,a do tego nurt jest dość rwący-muszę uważać by nie wpaść z plecakiem do wody.

Gdy już udało mi się przeprawić przez rzekę , czeka mnie wejście podwójną drabiną po skałach , by kontynuować szlak.

na szlaku w stronę La Nouvelle

Od tego momentu szlak wiedzie cały czas pod górę serpentynami . Pewno nie byłoby w tym nic specjalnego , gdyby nie fakt ,iż część trasy pokonuję się idąc skalną ścieżką , około pół metra szeroką trzymając się jedynie od wewnętrznej strony liny, która jest przytwierdzona do skały .Od zewnętrznej  strony nie ma żadnego zabezpieczenia , im wyżej tym przepaść bardziej przerażająca. Skłamałabym , gdybym powiedziała ,że nie czułam strachu. Na Maderze miałam do czynienia z czymś podobnym ( tyle ,że wówczas chodziłam po zamkniętym szlaku) , tu czułam jeszcze mocniej , iż balansuję nad przepaścią. Wyglądało to mniej więcej jak niżej , tyle ,że nie widać na zdjęciu dokładnie dużej przepaści w dół.

balansując nad przepaścią

Gdy już skończyły się podejścia z linkami, zaczęły się masowe sieci pajęcze, niezliczona ilość czarnych pająków pod którymi musiałam przejść. Dopiero w końcowym odcinku mogę iść spokojniej , roślinność jest coraz bujniejsza i ścieżka dość mocno zarośnięta. Zaczyna także znów mżyć , znów ubieram poncho , okazało się mocno przydatne. W końcu docieram do La Nouvelle , które jest położone na wysokości 1400m . Jest to dość duża wioska , jest tu kilka sklepików i nawet jakieś bary. Czuję się już blisko cywilizacji .Dzięki temu nie muszę czekać do 19h na kolację w schronisku , ale jeszcze przed dojściem do niego , korzystam z oferty jednego z barów. Ceny przystępne , od kwoty 15 eur można nawet płacić kartą, choć połowy dań z karty nawet nie mają.

La Nouvelle

Moje schronisko tutaj to Jessica Oreo , za kościołem i tuż przy boisku piłkarskim.Jestem dziś tu jedynym gościem . Dostaję czysty i dość ładny pokoik , łazienka też w porządku z ciepłą wodą. Tutaj też przypada mi w udziale najsmaczniejsza kolacja  na szlaku , właściciel mówi nawet średnio po angielsku , więc także trochę pogadaliśmy sobie.

schronisko Jessica Oreo

Po nocy w schronisku , zostaje mi ostatni etap mojej wędrówki – trasa do Col de Boef -najkrótszy odcinek , ale zarazem o najwyższym punkcie wysokościowym -2011m. Pogoda od rana też nie rozpieszcza , znów mży ,zaciągam więc swoją kapotę przeciwdeszczową .Niestety od początku zaczynam ” lewą nogą” gubię szlak i błądzę przez 2h w jakimś lesie, a wszystko dlatego ,że w jednym miejscu nie zauważyłam tabliczki , a potem pytając kogoś o drogę zostałam źle pokierowana- pewno jakąś drogą na skróty. Widząc ,że nic z tego nie będzie wracam do punktu wyjścia do wioski i w końcu znajduję zagubiony szlak. Jest już 11 h i  dopiero teraz zaczynam właściwą trasę,wg tabliczki to 2h10min  , mnie zajęło 3h. Szlak rozpoczyna się ostrym podejściem pod górę ograniczonym do drewnianych stopni , więc musze robić sobie odpoczynki po drodze. Buty mam całkowicie przemoknięte, więc też ciężko mi się w nich chodzi , to pierwszy dzień, gdy tak intensywnie pada w czasie mojej wędrówki. W końcu dochodzę do równiny Plain de Tamarind , jak sama nazwa mówi jest pełna drzew tamaryndowca , z którego robi się ciekawą pastę , która może być dodatkiem do dań np. typu curry i nie tylko. .Zaczyna też wychodzić słońce , więc najbliższe chwile zapowiadają się przyjemnie. Dziś też mijam największą liczbę ludzi na szlaku , są to zarówno turyści , którzy np. zrobili sobie 1- dniowy wypad do cyrku Mafate, ale też mieszkańcy La Nouvelle , którzy na plecach przynoszą z pobliskiego Beliere różne towary .

wędrując przez pola tamaryndowca

na równinie tamaryndowców

Po przejściu równiny znów kontynuję wchodzenie pod górę , wraz z wysokością pogoda znów się pogarsza , znów mocno pada , jest mgła i jest to pierwszy dzień , gdy mimo odzieży termicznej jest mi chłodno.  Gdy dochodzę na szczyt jestem trochę rozczarowana , jest tabliczka ze szczytem , ale obok pełno śmieci .

Col de Boef

Do parkingu jest stąd pieszo jakieś 15-20 min , przy parkingu jest także przystanek autobusowy, jednak częstotliwość  to 2 autobusy na dzień , rano i popołudniu. Jest też mini bar z napojami i słodyczami. Dalej pada , a do samego Beliere jest min 2h pieszo , kierując się impulsem zagaduję jednego Francuza , gdzie jedzie i czy mogłabym się z nim zabrać. Nie mam w zwyczaju jeździć na stopa , jednak jestem zmęczona , zmarznięta i przemoknięta. Ostatecznie podwozi mnie aż do samej mieściny , gdzie mam swój bagaż, więc zostaje mi jedynie 300m pieszo , super , szczęście się uśmiechnęło do mnie.

Po przebraniu się , mąż właścicielki  hostelu , przygotowuje mi znów pyszne danie wege , palce lizać. Po tylu dniach z plecakiem , apetyt dopisuje . Następnego dnia już wracam do stolicy Saint Dennis, niewielkie zwiedzanie , bo za wiele też nie ma co i powrót do Polski.

Wszystko przebiegło zgodnie z planem no i wróciłam cała i zdrowa co najważniejsze.

Opublikowano REUNION 2017 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Trekking w środku raju-cyrk Mafate( Reunion) część III

Dzień trzeci-Cayenne- Roche Plate

Dziś wyruszam z Cayenne – mam 2 opcje zrobienia tej trasy:

  • z Cayenne do Roche Ancre , stamtąd dalej do Roche Plate- oznaczone jako 4h 20min , mimo ,że w innym miejscu było podane 3h35min , co tylko potwierdza nieprecyzyjność oznaczeń
  • Z Cayenne do Ilet de Letaniers( 3h)  , a następnie stamtąd do Roche Plate (2h 30 min)

Wybieram opcję nr 1, mimo ,że wiem , iż oznacza ona przeprawę przez rzekę . Do podanych czasów przejść doliczam dodatkowo jakieś 35% więcej czasu , także napotkani turyści zgłaszali ,że czasy przejść są dłuższe niż podają to oznaczenia.

Do Roche Ancre-droga najpierw jest  w miarę płaska, a następnie schodzi ostro w dół do koryta rzeki Galates- przez którą trzeba się przeprawić. Woda w tym miejscu sięgała maksymalnie do kolan , więc nie było problemu.

na szlaku z Cayenne do Roche Ancre

rzeka Galates

Po zejściu na sam dół , znów jest wejście pod górę i jeszcze dwie przeprawy przez rzekę , jednak i tu idzie łatwo . Jednak wejścia i zejścia są już męczące i duża wilgotność powietrza daje się we znaki , w połowie szlaku spotykam 2 wędrowców , więc dziś jeszcze bardziej pusto niż w poprzednie dni. A tu poniżej można było się wykąpać , jednak ja nie korzystam.

na szlaku Cayenne do Roche Ancre

Ogólnie szlak jest długi i męczący, dzisiejszy dzień to 5h30 min marszu , w połowie tego szlaku  jest rozwidlenie na Ilet de Letaniers.Widoki jednak wynagradzają trudy i duże przewyższenia terenu. Po wyjściu na górę , mogę  obserwować koryto rzeki Galates.

koryto rzeki Galates

zbliżając się do Roche Plate

Na ostatnich 2-3km zaczęło padać , musiałam użyć swojej peleryny przeciwdeszczowej . W samym pobliżu Roche Plate obserwuję wielkie sieci pajęcze razem z ich mieszkańcami-nie ukrywam ,iż czuję strach ,że jeden z tych pająków spadnie mi na głowę , gdy będę po nimi przechodzić..brr.. Jedyne co mnie pociesza , to fakt ,iż nie są jadowite.

uwaga pająki na szlaku

Roche Plate jest położone na wysokości 1100m  .Wioska jest dość długa , jest kilka schronisk i nawet jakieś sklepiki , jednak pozamykane.

widok na Roche Plate

Moje schronisko mieści się na końcu wioski- Vivette Thiburce- ma najlepszy standard z tych dotychczasowych , jest ciepła woda i nawet gniazdka elektryczne w pokoju. Jedyny minusem jest to ,że odbiór kluczy do pokoju , jak i śniadanie i kolacja jest w osobnym miejscu- oddalonym 10 minut pieszo w jedną stronę.Tu jedzenie jednak też jest najgorsze- kaszanka , ryż i trochę fasoli , oczywiście kaszanki nie tykam. Na śniadanie z kolei czerstwa bagietka. We wszystkich schroniskach częstują rumem lub ponczem domowej roboty.Tutaj także mogę kupić butelkę wody na kolejny dzień. Jak widać po zdjęciach ,dziś pogoda mi nie dopisała , w sumie ogólnie ta się pogarsza z każdym dniem , ale da się przeżyć.

Opublikowano REUNION 2017 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Trekking w środku raju-cyrk Mafate( Reunion) część II

Dzień drugi -odcinek Aurore-Cayenne 

Mimo wstępnego planu trasy(do niektórych punktów były np dwie możliwości dotarcia ), dzisiejszą trasę zupełnie  zmodyfikowałam. Początkowo miałam iść do następnego schroniska Cayenne-przez Grand Place , jednak po dotarciu do Aurore , zobaczyłam , iż jest trasa alternatywna  , dzięki której nie musiałabym powtarzać nawet części trasy z poprzedniego dnia. Na mapie nie widać tego dokładnie ,że szlaki się łączą i można nimi dojść do Cayenne , ja ufam drogowskazom i skoro jest wpisane , iż trasa prowadzi do Cayenne , decyduję się na nowy szlak. Najpierw z Aurore idzie się w kierunku Deux Bras przez Bord Bazar- gdzie jest punkt widokowy . Początkowo trasa jest dość płaska z lekkim wejściem pod górę , aż do punktu widokowego, skąd rozpościera się piękna panorama.

widok z Bord Bazar

Tu łączą się dwa gł. szlaki GR2 i GR3

skrzyżowanie szlaków na Bord Bazar

Począwszy od tego momentu , następuje mocne zejście w dół , dość gwałtowne, mam wrażenie ,że schodzę w najniższą część tej kotliny , którą widać między górami , zejście nie ma końca, a tropikalna roślinność staje się coraz bardziej bujna.

Jednak zanim zejdę zupełnie w dół , jeszcze mogę podziwiać piękne widoki cyrku Mafate.

na szlaku Aurore-Deux Bras

na szlaku Aurore-Deux Bras

Począwszy od tego punktu przez kolejne 30-40 minut , komary tną niemiłosiernie , nie mogę nawet na chwilę przystanąć bo by mnie zjadły.To ta gęsta roślinność oraz niska wysokość powodują ,że czuję się jak w tropikalnej dżungli. Krótko przed dojściem do wiszącego mostu -jest rozgałęzienie szlaków-w kierunku Deux Bras oraz Cayenne/Ilet de Letaniers. Po przejściu mostu ukazują się już inne widoki i rozpoczyna się znów podejście pod górę, słońce mocno praży a do tego jest wysoka wilgotność , więc idzie się coraz trudniej.

widok z mostu-w drodze do Cayenne

w drodze do Cayenne

 

w drodze do Cayenne

Końcowy etap trasy jest już lżejszy , a z daleka widać już wioskę , a konkretnie schronisko które wyróżnia się kolorami już z daleka.

schronisko w Cayenne ( Gite de Grand Place)

To chyba jedyne schronisko w tej małej wiosce, jest pięknie położone – na skarpie na wysokości 500m  , z cudnymi widokami . Tutaj poza mną są tylko 2 młode dziewczyny , to jedyne schronisko , gdzie nie było ciepłej wody.

widok ze schroniska Cayenne

W schronisku nie ma żadnego sklepiku , można podejść w górę do Grand Place ( Ecole)-koło 30 min pieszo w jedną stronę , gdzie również są schroniska oraz sklepik. Dziś pierwszy dzień , gdy zaczyna mżyć , mżawka trwa ponad godzinę , ja wybieram się do góry by kupić jakieś napoje.

wioska Cayenne

Reasumując trasa Aurore-Cayenne przez trasę w kierunku Deux Bras zajęła mi 5h , podczas , gdy drogowskazy wyznaczały 3h 45min . Następnego dnia będę się wybierać do Roche Plate.

 

 

 

 

 

Opublikowano REUNION 2017 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Trekking w środku raju-cyrk Mafate( Reunion) część I

       Jak wiele podróży i ta została zainspirowana  materiałami  jakie znalazłam w internecie. Jakiś czas temu natknęłam się na relacje z podróży po Reunion  i zakochałam się w zdjęciach  z Mafate od pierwszego wejrzenia.Wydawały mi się takie niezwykłe , wręcz mało realne by rzeczywiście było tam tam pięknie.

Cała  moja podróż  obejmowała Mauritius i Reunion. Na tej drugiej wyspie celem był trekking w wulkaniczym cyrku Mafate.

Zacznę od kilku  praktycznych informacji;

1 Jak dotrzeć : na Reunion można przylecieć np z Air France / Air Mauritius przez Paryż  lub także z pobliskiego Mauritiusa linią Air Mauritius.

2.Reunion jest terytorium zamorskim Francji , więc nie ma obowiązku wizy a walutą obowiązującą jest Euro.

3 Reunion ma dwa lotniska- Saint Dennis oraz Saint Pierre , na przeciwległym krańcu wyspy. Ja docieram na lotnisko Saint Dennis – z lotniska do centrum miasta można dojechać komunikacją miejską- linia T- podróż trwa 10 minut i kosztuje 5 eur.

4. Transport publiczny na Reunion jest wykonywany przez kilka niezależnych firm przewozowych ,co powoduje konieczność przesiadek. Najdłuższą linią autobusową jest linia z lotniska Saint Dennis na lotnisko Saint Pierre. Poniżej możecie znaleźć rozkłady jazdy ;

http://www.allonslareunion.com/en/reunion-vehicules/bus-networks.html

5. Reunion jest bardziej kierunkiem dla amatorów pieszych wędrówek niż dla plażowiczów. Plaż nie ma tu za wiele i często bywają zamknięte z uwagi na zagrożenie rekinami.

6.Wg mnie najpiękniejszą częścią wyspy są tzw cyrki wulkaniczne( głębokie kotliny , otoczone wysokimi górami)  -jest ich 3: Mafate-najtrudniej dostępny, Cilaos oraz Salazie-najbardziej zielony.Na pewno godnym uwagi jest też wulkan Piton de la Fournaise , jednak na to już mi nie starczyło czasu .

7 Kiedy jechać? na trekking najlepiej od maja do października , od listopada do kwietnia na Reunion przypada pora cyklonów

Jako , iż lubię wyzwania, za cel obrałam sobie cyrk Mafate , 5 dniowy trekking po niemal bezludnych ścieżkach o dużych przewyższeniach terenu , nocując w skromnych schroniskach , w jednym z nich nie było nawet ciepłej wody.

Do cyrku Mafate w sumie są 4 wejścia: od strony  Cilaos , Le Maido ,Dos d’Ane oraz Grand Ilet. Moja wędrówka zaczęła się od Grand Ilet/Beliere. Tutaj docieram z Saint Dennis z przesiadką w Saint Andres. Z Saint Andres jeździ tylko jedna linia do Grand Ilet i połączeń nie ma wiele , a w niedzielę są już znikome , co trzeba wziąć pod uwagę przy planowaniu trekkingu. W Grand Ilet mogę szczerze polecić zakwaterowanie L´Escale Rando , bardzo sympatyczni właściciele , posiadają także  restauracje .

W planowaniu trasy bardzo pomogła mi ta strona- można tu w miarę dokładnie wyliczyć odległości i czas potrzebny do przejścia szlaku.

https://www.randopitons.re/randonnees/cirques-distances#mafate

W praktyce jednak okazało się ,że trasy są dłuższe i trzeba na nie poświęcić więcej czasu , dobrze , więc ,że miałam zapas.

Schroniska rezerwowałam z wyprzedzeniem na stronie :

http://book.reunion.fr/fr/hebergements?flashview=invalidsearchcfg&filter=g=67986;c=18048

Dzień pierwszy -odcinek Beliere-Aurore 

Moją wędrówkę rozpoczynam od szlaku Beliere  do Aurore przez Sentier Scout, gdzie mam spędzić pierwszą noc .Jest dostępny także alternatywny szlak Beliere do Aurore przez  Sentier Augustave. Z opowiadań na miejscu słyszałam , iż ten drugi jest ładniejszy , choć bardziej wymagający. Tuż przed wejściem na szlak Sentier Scout  z głównej drogi prezentuje mi się taki oto widoczek:

widok na cyrk Mafate

Wg mapy szlak do Aurore liczy 8,7km i powinien zająć koło 230 min. Mi oczywiście zajął więcej czasu 4h 30 min , a także moja aplikacja do liczenia kilometrów naliczyła ich więcej niż wskazuje mapa .

Pierwszego dnia pogoda dopisuje , jest słonecznie i ciepło , cieszę się ,że nie wzięłam grubej kurtki , bo  poza ostatnim dniem była zbędna( choć dałam radę  i bez niej).

          Początkowo szlak schodzi mocno w dół , schodzę  z 1600m na 800m , choć bywają też  jakieś niewielkie wejścia pod górę. Jedno z takich wejść , mimo ,że technicznie nie było trudne, mogło trochę ściąć krew w żyłach. W pewnym momencie idę bowiem wierzchołkiem góry , mając przepaść na kilkadziesiąt metrów po obu stronach wąskiej ścieżki a po drodze jeszcze są momentami duże kamienie.

na szlaku Beliere-Aurore przez Sentier Scout

na szlaku Beliere-Aurore przez Sentier Scout

Z wierzchołka góry za to rozpościera się piękny widok na okolicę , jestem zafascynowana .

na szlaku Beliere-Aurore przez Sentier Scout

Następnie  znów jest tylko zejście w dół , aż do samej wioski Ilet a Malheur.

na szlaku Beliere-Aurore przez Sentier Scout

Zanim jednak dochodzę do pierwszej wioski , mijam rozwidlenie szlaków w punkcie La Plaque , można było stąd ruszyć w kierunku  wioski  Grand Place.

na szlaku Beliere-Aurore przez Sentier Scout

Przed samym wejściem do wioski i w samej wiosce widać dużo ozdobnych krzewów np znana u nas gwiazda Betlejemska .

przed zejściem do Ilet a Malheur

W Ilet a Malheur widać kilka schronisk , jednak nie ma tłumu turystów , do tego momentu spotkałam tylko 3 osoby za ponad  3h marszu , w pewnym momencie miałam nawet obawy,że się zgubiłam . Przechodzę wioskę i podążam w kierunku Aurore , zanim jednak dojdę do celu jaki mam na dzień dzisiejszy , czeka mnie dość długie wejście pod górę . Istnieje  także droga na skróty , jednak podejście jest jeszcze bardziej strome , więc odpuszczam.

Aurore jest położone na wysokości 950m  , śpię w schronisku BOYER Georget – jest tłoczno , koło 12 osób. Pokój dwuosoowy kosztuje 40 eur , miejsce w dormitorium bodajże 18 eur. Obiadokolacja jest serwowana o 19h , jak w większości miejsc i kosztuje zwykle 20-25 eur , śniadania 6 eur. Śniadania w przeciwieństwie do kolacji , są  bardzo skromne -bagietka , dżem i kawa/herbata, w schronisku jest także sklepik , więc można dokupić sobie coś na drogę , są to gł produkty w puszkach: ciastka , woda. Woda 1,65 litra kosztuje 3 euro , z tego co mówili mieszkańcy nie jest wskazane picie wody ze strumienia-gdyż jest ryzyko zanieczyszczeń , zarówno przez zwierzęta , jak też gospodarstwa domowe(ścieki)

Standard zakwaterowania pozostawia  trochę do życzenia , ale jest ciepła woda i dobre jedzenie , jest także opcja jedzenia w wersji wegetariańskiej z czego korzystam . Podczas korzystania z prysznica ,nagle pod lampą widzę wielkiego czarnego pająka , wybiegłam z krzykiem owinięta tylko ręcznikiem , przy wejściu do jednego z dormitoriów również wisi duży czarny pająk , niestety mam arachnofobię , a spotkania z pająkami jeszcze przede mną w dalszej części wędrówki.

schronisko w Aurore

Niedaleko od schroniska jest lądowisko dla helikoptera , który dostarcza żywność do wioski, z tego miejsca jest bardzo ładny widok , który mi przypomina Machu Picchu .

Aurore-widok z lądowiska dla helikoptera

Aurore-widok z lądowiska dla helikoptera

 

Opublikowano REUNION 2017 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Bergen okołoweekendowo

Bergen to kolejne często odwiedzane przez Polaków norweskie miasto, dotąd nie byłam nigdy w Norwegii , więc nadszedł czas w końcu się tam wybrać.  Z południa Polski najłatwiej się dostać Wizzairem lub Norwegianem. Jeśli chodzi o dojazd z lotniska w Bergen do centrum można dotrzeć   Flybussen Bergen – podróż trwa koło 25 minut .

Bilety można kupić na  https://www.flybussen.no/

Koszt biletu w jedną stronę 100 NOK ,gdy od razu kupimy tam i z powrotem 170 NOK , przy zakupie u kierowcy 20 NOK drożej.

Bus ma po drodze kilka przystanków : w centrum są to  Bus station, Festplassen, Fish Market and Bryggen( Raddison Blue Hotel).

Jeśli chodzi o zakwaterowanie  ,tym razem znów korzystamy z opcji noclegowej airbnb- wychodzi ekonomiczniej niż w hotelu , bowiem sami możemy przygotować część posiłków. Nasza podróż odbyła się w kwietniu przypadając na okres Wielkanocy i tutaj uwaga w Norwegii ku naszemu zdziwieniu święto narodowe zaczyna się już w Wielki Czwartek , z tego względu większość sklepów jest zamknięta. Można na szczęście liczyć na 7 Eleven, te były otwarte , choć wybór asortymentu dość ograniczony. Ku naszemu zaskoczenia wita nas piękna jak na ten czas w Norwegii pogoda , słonecznie i koło 7-8 stopni. Pierwszego dnia więc jeszcze trochę mamy czasu by powłóczyć się po mieście.Mieszkamy blisko wszystkich atrakcji  -blisko Bryggen .

Bryggen to zabytkowa część miasta , wpisana na listę Unesco  w 1979 roku. Skupia ona szereg budynków handlowych , tuż nad zatoką , dla mnie to najpiękniejsza część Bergen, stąd wszędzie jest blisko, do Targu Rybnego , centrum.

Bryggen -widok z naprzeciwka

Bryggen

Bryggen

Bryggen

Bryggen-wnętrze

Tuż obok znajduje się Targ Rybny ,jednak szczerze spodziewałam się czegoś więcej. Można tu zarówno zjeść na miejscu przyrządzane ryby jak i kupić je na wynos i przyrządzić w domu -my korzystamy z tej drugiej opcji .

Targ Rybny

Targ Rybny

Oprócz miasta , okolice Bergen mają dość sporo do zaoferowania , bezpośrednio z centrum , blisko Bryggen można wjechać na jedną z gór otaczających Bergen – Floyen-320m wysokości -oczywiście można tam też wejść pieszo.

Kolejka na Floyen latem czynna jest od 9 rano do 23h , bilety można kupić na miejscu w automacie lub przez stronę internetową  http://floyen.no/. Bilet w jedną stronę kosztuje 45 NOK , a tam i z powrotem 90 NOK.

Dzień w którym wybieramy się na Floyen , pogoda już jest dość niepewna , momentami kropi i jest dość chłodno , z tego względu decydujemy się na wjazd kolejką do góry i zejście pieszo.

kolejka na Floyen

Widok z góry jest  ciekawy , choć w słoneczne dni pewno lepszy.

widok z Floyen

 

widok z Floyen

widok z Floyen

Na górze jest restauracja jak i plac zabaw dla dzieci ,stąd także zaczyna się kilka szlaków, dwa rodzaje do centrum , jak też najciekawszy z nich na Ulriken-kolejną górę w pobliżu Bergen , naszą aspiracją było zrobienie tej trasy odwrotnie tj z Ulriken na Floyen , jednak pogoda ostatecznie nam to uniemożliwiła o czym później. Sam szlak między dwoma górami wynosi 13km . Są także jakieś pomniejsze szlaki wokół Floyen-każdy znajdzie coś dla siebie.

My zrobiliśmy jakąs krótką rundkę do pobliskiego stawiku, widoczki dość malownicze .

okolice Floyen

Następnego dnia atakujemy Ulriken – drugą z okolicznych gór , jakie otacza Bergen -ta jest trochę wyższa -643m. Tutaj także na szczyt można wyjechać kolejką . W pierwszym rzędzie dojeżdzamy do kolejki busem z samego Bryggen bus nr 3 , trzeba dojechać do stacji Haukelandsbakken ( Haukeland Hospital) -jedzie się jakieś 10-12 minut. Rozkład jazdy autobusów lokalnych w strefie Bergen można sprawdzić na http://www.skyss.no -poprzez aplikacje można kupić bilet ze zniżką , mi niestety się nie udało , mimo zainstalowanej w komórce aplikacji. Bilety na autobus kupowaliśmy w 7 Eleven – jeden z nich znajduje się także pomiędzy  Bryggen a Targiem Rybnym- o ile pamiętam koszt 1 biletu koło 27 NOK.

W wysokim sezonie tj maj-wrzesień  kursuje z centrum  specjalny autobus na Ulriken-Ulriken bus w godzinach 9-18h . Odjazdy z centrum o pełnych godzinach .

Na Ulriken wjechaliśmy kolejką – bilety  do kupienia w automacie przy wejściu do kolejki.

Na stronie internetowej można sprawdzić także czy kolejka kursuje w danym dniu , gdyż bywa , że jest zamykana z powodu silnych wiatrów.

http://ulriken643.no/

Kolejka kursuje od 9 do 21h , bilet w jedną stronę 110 NOK , tam i z powrotem  170NOK

Gdy dojechaliśmy na górę , sytuacja wyglądała jeszcze gorzej niż z dołu , mgła była tak gęsta ,że nic nie było widać na odległość 5 metrów , leżał śnieg , który przykrywał całkowicie szlak. Skoro jednak wjechaliśmy , postanowaliśmy , iż tak szybko się nie poddamy , odczekaliśmy z pół godziny i widząc ,że mgła zaczęła się przerzedzać , zaczęliśmy nieśmiało iść szlakiem w kierunku Floyen . Miejscowo odradzali nam to , gdyż pogoda nie była stabilna , widoczność słaba a do tego leżał śnieg. Chcieliśmy chociaż przejść choćby 30 minut szlakiem by nie wracać z” pustymi rękoma” i bez widoków. Początki były trudne , ślisko , szlak był na szczęście też oznaczony powbijanymi metalowymi prętami .Po mału zaczynało się rozjaśniać i było coraz więcej widać .

Na Ulriken

Na Ulriken

w tle widoczna antena na Ulriken

widok z Ulriken

Przesliśmy szlakiem w kierunku Floyen koło 2km , jednak trasa była zbyt męcząca z powodu brnięcia w śniegu , nie zdecydowaliśmy sie na podjęcie ryzyko i podążanie dalej . Za to zeszliśmy z Ulriken pieszo , dość malowniczym szlakiem w kierunku miasta . W miarę upływu czasu zrobiło się nawet słonecznie a im byliśmy niżej tym było mniej śniegu. Ostatecznie , mimo , iż nie zrealizowaliśmy pierwotnych założeń , dzień uznaliśmy za udany.

widoczki w drodze powrotnej z Ulriken

droga powrotna z Ulriken do Bergen

Poza  typowymi atrakcjami Bergen i najbliższych okolic , jeden dzień poświęciliśmy w całości na wycieczkę  i rejs po fjordzie Aurlands. Tym razem cały pakiet kupiliśmy przez pośrednika Norway in Nutshell – samodzielna rezerwacja wychodziła trochę drożej i nie gwarantowała miejsca na wszystkie środki transportu. Tak więc dużo lepiej wyszła nas cała wycieczka na jednym bilecie. Podróż można było rozpocząć z Bergen lub Oslo. Koszt wycieczki z Bergen wyniósł nas 159 eur na osobę , jednak na pewno atrakcje były warte tej ceny. Bilety rezerwuje się na  https://www.norwaynutshell.com/original-norway-in-a-nutshell/# a fizycznie odbiera się je na stacji kolejowej – w naszym wypadku w Bergen .

trasa wycieczki

My zaczynamy podróż od trasy pociągiem do Flam , odjazd tuż po 8 rano z Bergen , pierwszy odcinek miał kilka ładnych widoków , jednak prawdziwą atrakcją samą w sobie jest następny odcinek , również kolejowy -Myrdal do Flam. Kolej łącząca oba miasteczka nazywa się Flamsbana i  jest to jedna z najbardziej stromych  linii kolejowych na normalnym torze  na świecie .To zarazem jedna z najpiękniejszych tras kolejowych , jest to odcinek 20km  ,a pociąg pokonuje duże różnice wysokości- od poziomu morza do 867m w Myrdal . Bilety na trasie Flam-Myrdal-Flam  i odwrotnie  można kupić także samodzielnie- koszt od 4o0NOK tutaj

https://www.visitflam.com/en/flamsbana/

Bilety na kolej norweską  w całym kraju z kolei można nabyć na  :

https://www.nsb.no

Flamsbana

Po drodze można podziwiać góry , fjordy oraz wodospady.

dojeżdżając do Flam

Flam to małe miasteczko , aczkolwiek pięknie położone , to stąd wyruszymy na rejs po fjordzie.

Flam-brama do Aurlandsfjord

Sam rejs do Gudvangen trwa około 2,5h , widoki są piękne , większość czasu spędzamy na zewnętrznym pokładzie , pogoda dopisała , mamy piękny słoneczny dzień z temperaturą koło 10 stopni w kwietniu , jednak zimny wiatr daje trochę w kość- znów pomysł z termosem ciepłej herbaty okazuje się strzałem w dziesiątkę.

rejs po Aurlandsfjord

rejs po Aurlandsfjord

rejs po Aurlandsfjord

rejs po Aurlandsfjord

rejs po Aurlandsfjord

dopływając do Gudvangen

W Gudvangen już czeka kilkanaście autobusów by zabrać turystów do Voss, Flam zrobiło na mnie dużo lepsze wrażenie niż Gudvangen , choć tu spędzamy dosłownie chwilę i odjeżdżamy autobusem w kierunku Voss, gdzie następnie wsiadamy do pociągu do Bergen. Koło 18.30 jesteśmy znów w Bergen , więc była to całodniowa wycieczka , obfitująca jednak w różne i piękne krajobrazy , gorąco polecam tą trasę. To był nasz pierwszy raz w Norwegii , choć przypuszczam ,że nie ostatni, ten kraj ma wiele do zaoferowania jeśli chodzi o piękno przyrody . Mnie bardzo marzą się Lofoty , choć są też inne rejony , których nie wykluczam .

Opublikowano NORWEGIA | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Prambanan i Borobudur -piękne świątynie w okolicy Yogyakarty

Yogyakarta  jest na mapie podróży chyba wszystkich , którzy zdecydowali się zwiedzić Jawę ,  my docieramy tutaj z Surabaya pociągiem. Standard całkiem dobry jak na Indonezję , nie ma co narzekać , podróż trwa prawie 5h. Hotelu nie mamy zarezerwowanego naprzód , więc krążymy trochę z taksówkarzem w okolicy centrum  i ostatecznie lokujemy się niedaleko głównej ulicy Malioboro. Na zwiedzanie miasta nie mamy jednak praktycznie czasu , więc jedynie udajemy się na tą najbardziej znaną ulicę Yogya , która nas mocno rozczarowała . Wszędzie okropne tłumy , riksze , samochody ,mało przyjemnie się tamtędy porusza . Nie brakuje za to sklepów z batikiem .

Malioboro Jalan

Malioboro Jalan

Najważniejszą atrakcją dla której udałyśmy się do tego miasta są 2 okoliczne świątynie- Prambanan oraz Borobudur. Jako , iż transportem publicznym byłoby niemożliwością objechanie obu miejsc w jeden dzień , skorzystałyśmy z agencji turystycznej  Sakha Holiday -poleconej mi przez Emi z blogu ” Emi w drodze”

W dniu wycieczki agent biura przyjechał po nas do hotelu koło 4 rano , mamy bowiem pakiet wschód słońca nad Borobudur. Jest to pierwsza ze świątyń , którą będziemy zwiedzać. Położona pośrodku dżungli , jest największym ośrodkiem kultu buddyjskiego na świecie , a w 1991 roku została wpisana na listę UNESCO. Zbudowana mniej więcej między 750 a 850 rokiem n.e ,  została na wiele wieków opuszczona z niewiadomego powodu , dopiero ponownie odkryta w 1814 roku przez oficera brytyjskiego , wówczas to stopniowo zostały podjęte prace konserwacyjne .

My zaczynamy zwiedzanie od wzgórz Setumbu  , gdy dojeżdżamy jest całkiem ciemno ,by wejść na wzgórze musimy pokonać trochę prowizorycznych schodków w środku dżungli , ostatecznie jesteśmy mocno utaplane w błocie. Z napięciem wszyscy wyczekujemy tego magicznego momentu wschodu słońca , słychać zewsząd odgłosy dżungli  , dzień zaczyna się dość mocną mgłą.

Setumbu Hills wschód słońca nad Borobudur

Setumbu Hills wschód słońca nad Borobudur

W oddali na tym zdjęciu ledwo widoczny jest zarys wulkanu Merapi , w czasie lepszej pogody widoki muszą być niesamowite.

wschód słońca nad Borobudur

wschód słońca nad Borobudur

Trochę jesteśmy rozczarowane , bo niestety gęsta mgła uniemożliwia dostrzeżenie świątyni na tle wschodzącego słońca .Następnie udajemy się na zwiedzanie świątyni .Sam kompleks jak widać jest duży, najbardziej podobało mi się na samej górze , rozpościera się też stamtąd piękny widok na okolicę.

Borobudur

Borobudur

Borobudur

Borobudur

Borobudur

Borobudur

na szczycie świątyni Borobudur

na szczycie świątyni Borobudur

Stamtąd udajemy się do drugiej świątyni Prambanan . Sama podróż z jednej świątyni do drugiej zajmuje koło 2h . Pogoda na szczęście dopisuje i tak oto mamy przed sobą kolejne architektoniczne cudo-Prambanan .Jest to hindusityczne miejsce kultu poświęcone bogom Sziwie, Wisznu i Brahmie. Kompleks został zbudowany w IX wieku i również w 1991r wpisany na listę Unesco . Na mojej siostrze wywarł większe wrażenie niz Borobudur , może wygląda bardziej majestatycznie , zresztą cóż zobaczcie sami .

Prambanan

Prambanan

 

 

Prambanan

Prambanan

Do każdej z wież prowadzą schodki , którymi można wyjść do góry.

Prambanan

Prambanan

 

we wnętrzu jednej z wież Prambanan

we wnętrzu jednej z wież Prambanan

 

Informacje praktyczne

pociąg Surabaya-Yogyakarta 320.000IDR – miejsce w najwyższej klasie. Bilety z wyprzedzeniem można kupić na stronie https://en.tiket.com/

Violet hotel w Yogyakarta- 410.000IDR za 2 osoby ze śniadaniem

Sakha Holiday – koszt transportu do obu świątyń + śniadanie na miejscu 175.000 IDR na osobę  -kontakt sakha_transtour@yahoo.com , osobno płatne wstępy

wstęp do Borobudur =20 USD

wstęp do Prambanan=18 USD

Opublikowano INDONEZJA 2016 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wschód słońca nad wulkanem Bromo

Bromo -jeden z najbardziej znanych wulkanów Indonezji , w porównaniu do wielu innych bardzo łatwy do zdobycia , a zarazem oferujący piękne widoki o wschodzie słońca. Nie wszyscy jednak mają szczęście trafić na bezchmurne niemal niebo o świcie-nam się udało. Ogólnie większość trafia na Bromo z punktu wyjściowego-Yogyakarta bądź Surabaya , część robi to z wycieczką zorganizowaną-tych sporo jest z Yogya, a część na własną rękę jak my . Nasza  podróż – tym razem podróżowałam z najmłodszą siostrą , zaczyna się w Yakarcie- skąd udajemy się samolotem do Surabaya( linie Air Asia).Lecimy wczesnym samolotem o  6.45 , gdyż do Probolingo trzeba się dostać przed 13h a im szybciej tym lepiej, potem szanse na dalszy transport maleją znacznie i cena także rośnie!

Naprzeciw terminala łapiemy bus z firmy Damri Bus na gł terminal autobusowy w Surabaya -Purabaya. Z pomocą uprzejmego Indonezyjczyka , który jechał z nami z lotniska, szybko znajdujemy kolejny bus do Probolinggo.  Jest to miasteczko opanowane przez ” mafię” transportową , to tutaj jest największa łapanka na turystów , którzy na własny rachunek usiłują dostać się na Bromo . W trakcie jazdy – już w samym Probolinggo, kierowca autobusu chce nas wysadzić jakiś kawałek  przed dworcem przy jednej z agencji organizującej wyjazdy na Bromo – gdzie stawka za osobę tylko za przejazd do Cemoro Lawang( punktu końcowego) wynosi 70.000IDR. Nie dajemy za wygraną , dużo czytałam przed wyjazdem o tym jak się dostać na Bromo i nie dać się oszukać . Dojeżdzamy na gł terminal autobusowy koło 12.30h , tam chodzę i pytam o bus na Bromo , widzę nawet okienko , które organizuje te wyjazdy  , jednak nieufność zwycięża i wychodzę na zewn terminalu szukać tego małego busika ,gdyż w necie własnie takie instrukcje wyczytałam. Wychodzę i nic nie widzę , w końcu idę w lewo od dworca ( jakieś 150m)  i tam owszem stoi kilka mocno rozklekotanych busów , jednak zero turystów , więc mam wątpliwości czy to na pewno to? Wracam więc do tego okienka – Agencja TOTO  -na dworcu i tam potwierdzają mi że są to niebieskie bądź zielone busiki i to one jadą do miejscowości przy Bromo.

busik na Bromo

busik na Bromo

Wówczas już obie czekamy przy busach czekając czy pojawią się jacyś turyści – po kilku minutach zjawia się para  , potem za dłuższą chwilę , większa grupka. Po ostrych negocjacjach udało sie ustalić cenę za osobę , choć zostawało wg kierowcy jedno wolne miejsce i chcieli kazać nam czekać na jeszcze jedną osobę , choć i tak byliśmy ściśnięci jak śledzie w puszcze , mimo ze bagaże zostały zapakowane na dach .Jest nas w sumie 12 osób, ponoć cena przy pełnym busie czyli 13 osobach wynosi 35.000 IDR za osobę , my płacimy ciut więcej byle już ruszać i nie czekać na tą kolejną osobę. Bus jest takim złomem ( choć na zdjęciu nie wygląda tak fatalnie) , że w Europie nigdzie by go do ruchu nie dopuścili , oczywiście zero klimy , jedynie okna się lekko uchylały. Gdy w trasie wjeżdżał pod górę miałam wrażenie , że zaraz stanie i dalej nie ruszy, ledwo sobie radził. Dobrze ,że miałyśmy do przebycia tylko 40km ,bo w takich warunkach nie dałoby rady przejechać dłuższego odcinka. W miarę jak wyjechaliśmy z Probolinggo droga pięła się ku górze , jednocześnie się ochładzało , co w tej sytuacji było ulgą. Gdy w końcu docieramy do Cemoro Lawang koło15h, znów są przepychanki z kierowcą , bo chce nas zostawić na początku miasteczka , więc jakieś 4km od Bromo .Dobrą techniką było tu niezapłacenie kierowcy z góry , bo tylko ten fakt przekonał go ,że wszyscy chcemy dojechać wyżej i bliżej wulkanu szukać zakwaterowania, ostatecznie się udało i wysadza nas przy Hostelu Lava . My z powodu nadmiaru bagażu i zmęczenia od razu wchodzimy do tego hostelu i nie idziemy szukać nigdzie dalej , jeśli cena i warunki będą satysfakcjonujące nas. 

Zakwaterowanie to forma połączonych mini domków kampingowych , te niżej położone są zawilgocone , w końcu bierzemy bardziej widny i mniej wilgotny i przynajmniej mamy już załatwiony temat noclegu. W hostelu tym także jest restauracja co jest dużym plusem bo w okolicy mimo że niby są jakieś tzw warungi( bary lokalne) to w większości nie widać tam żadnego ruchu bądź są zamknięte , warto więc wziąć zakwaterowanie z możliwością wyżywienia. Z tego co czytałam wcześniej w temacie  hosteli w tej mieścinie , ceny są nieadekwatne do jakości , więc trafiło nam się całkiem przyzwoicie , bo nieraz warunki są niemal spartańskie. Mamy   chłodno , ale da się przeżyć, temperatura w nocy spada bowiem do 8-10 stopni , w dzień dochodzi do 20 -23stopni , wynika to stąd ,że miasteczko leży na wysokości 2217 m.

Jeszcze tego samego wieczoru wyruszamy na rekonesans okolicy , a przede wszystkim na rozeznanie ścieżki na Bromo , tak by uniknąć zapłaty wstępu .  Jeśli podążymy gł drogą w górę przy której jest usytuowany hostel Lava , dojdziemy do szlabanu , gdzie należy płacić wstęp za wejście , widząc nas w okolicy strażnik już reklamował zapłatę , jednak powiedziałyśmy ,że dziś nie wchodzimy. Wstęp ten wynosi między 207.5000 a 317.500 IDR zależnie od dnia tygodnia , więc jak na ten kraj nie jest to mała kwota.

cennik wstępu na Bromo

cennik wstępu na Bromo

Jednak my od początku wiemy ,że mamy zrobić tak by nie płacić , bowiem pieniądze z tych opłat niestety nie wiążą się z żadnymi inwestycjami  czy dbaniem o środowisko naturalne. Dziś musimy się zadowolić widokiem z tej okolicy, niestety Bromo jest otulone masą pyłu i niewiele widać , dziś także w pobliżu szlabanu jest informacja , iż jest zakaz zbliżania bliżej niż 1km do wulkanu.

po lewej ledwo widoczny Bromo

po lewej ledwo widoczny Bromo

Okazało się ,że ścieżka wiodąca do samodzielnego odkrywania wulkanu – to boczna droga od głównej tuż przy hostelu Lava , pnącą się do góry. Owszem w hostelu można było także załatwić sobie dodatkowo płatną wycieczkę jeepem pod sam wulkan w grupie i zrobić cały tur o wiele szybciej pośród masy tłumów.  Co to by była  jednak dla nas za atrakcja? zwłaszcza ja lubię przygody i wycieczki w nieznane! Udając się boczną ulicą naprzeciw hostelu , dochodzimy do hostelu Indah , który  wygląda całkiem dobrze , jest też przy nim opisywana w internecie dziura w płocie , którą można zejść ostro w dół w morze wulkanicznego piachu . My jednak idziemy dalej , musimy rozeznać punkty widokowego skąd będzie można obejrzeć wschód słońca kolejnego dnia. Po przejściu kolejnego odcinka-droga zmienia się w szturową,  wiedzie pośród pól  kapusty i cebuli .Przy jednym z takich pól , mimo, że ponownie jak przy hostelu Indah pisze ONLY LOCALS , jest kolejne zejście w dół , skąd po obserwacji wschodu słońca z punktu widokowego , można wyruszyć w kierunku wulkanu , nie płacąc nic za wstęp. Czy w ogóle ktoś płaci ten wstęp? chyba jacyś frajerzy…

to przy jednym z takich pól jest zejście w kierunku Bromo

to przy jednym z takich pól jest zejście w kierunku Bromo

Do pierwszego punktu widokowego z hostelu jest koło  3, 5 km i tam docieramy pierwszego dnia po południu , przecierając szlak na kolejny dzień, następnie można kontynuować wchodzenie pod górę , gdzie są kolejne punkty widokowe , im wyżej tym lepsze widoki ,do najwyższego punktu widokowego jest koło 1,5 km od punktu nr 1 .

W końcu nadchodzi dzień zero , wstajemy o 3 rano zmarznięte i zaspane , jednak perspektywa Bromo szybko wybudza nas z letargu, ubieramy się ciepło , także czapki oraz zabieramy latarki czołowe , bowiem przy drodze szturowej nie ma żadnego oświetlenia i warto je mieć ze sobą. Ku mojemu zdziwieniu niemal nie ma ruchu na tej trasie , może większość jest tak wygodna i jedzie jeepem na punkty widokowe a potem na wulkan? Na zewnątrz na szczęście nie jest aż tak strasznie zimno-jakieś 10 stopni. Do pierwszego punktu widokowego docieramy koło 4.30 , jest tam kilka osób, jako ,że mamy trochę czasu Kinga proponuje byśmy podeszły wyżej , tak zrobiłyśmy i było warto, a zajęło nam to tylko dodatkowe  15 minut . Spektakl rozpoczyna się o 5 rano. Najpierw widać czerwoną łunę naprzeciwko Bromo , zanim wzejdzie słońce widać morze mgły okalające Bromo . Bardzo zjawiskowo to wygląda , podziwiamy widoki do 6 rano. Jest zachwycająco pięknie, zresztą sami zobaczcie.

Bromo przed wschodem słońca

Bromo przed wschodem słońca

Bromo-przed wschodem słońca

Bromo-przed wschodem słońca

wschód słońca naprzeciw Bromo

wschód słońca naprzeciw Bromo

Bromo o wschodzie słońca

Bromo o wschodzie słońca

Bromo o wschodzie słońca

Bromo o wschodzie słońca

Bromo o wschodzie słonca

Bromo o wschodzie słonca

mgła w okolicy wulkanu

mgła w okolicy wulkanu

Gdy już napatrzyłyśmy się na to całe piękno, nadszedł czas zejścia w dół , w kierunku morza piasku wulkanicznego , a następnie wejście na sam wulkan i  zajrzenie do jego wnętrza .

Po drodze mijamy zwykłych ludzi pracujących w polu .

praca w polu

praca w polu

Początkowo po zejściu w dół mgła jest tak gęsta ,że nie widać nic na 10 metrów, na szczęście stopniowo się przerzedza i już nie musimy iść na ślepo w kierunku Bromo .

w drodze na Bromo

w drodze na Bromo

Im bliżej wulkanu tym większe zamieszanie, jeżdżące jeepy i zostawiająca za sobą tumany kurzu , mężczyźni na koniach oferujący podjazd na wulkan dla bardziej  leniwych turystów , na szczęście nikt nie pyta nas o bilet wstępu. U stóp wulkanu jest także świątynia hinduistyczna , jednak nie widać tam żadnych wiernych.

świątynia hinduistyczna u stóp Bromo

świątynia hinduistyczna u stóp Bromo

Dochodząc do stóp wulkanu , mamy schody kamienne , dość strome , po jednej stronie ludzie wchodzą , po drugiej schodzą bowiem jest tu dość ślisko

schody na Bromo

schody na Bromo

w

w „paszczy” bromo

widok z Bromo

widok z Bromo

p1000359

widok z Bromo

widok z dołu na Bromo

widok z dołu na Bromo

Po podziwianiu widoków  wnętrza wulkanu jak i tego  co widać z jego wierzchołka wracamy do hostelu , tym razem wracamy przez dziurę w płocie przy hostelu Indah , bo tak jest najbliżej. Po drodze do hostelu , widzimy ,że stoi na zakręcie już bus zapełniony tursytami w kierunku Probolinggo- jest 9 rano , my jeszcze chcemy się załapać na śniadanie w hostelu po wyczerpującym poranku i pozbyć się tumanów kurzu jaki mamy na sobie-przeszłyśmy w sumie  koło 11km piechotą . Śniadanie ku naszej radości  jest pyszne i obfite , następnie już zbieramy się z hostelu koło 10.3o i okazuje się ,że opcja transportu dalej nie rysuje się różowo. Na przystanku skąd odjeżdża bus czekają jedynie 2 Niemki , kierowca chce 450.000 IDR za cały bus , co jest dla nas stanowczo za dużo . Niemki wpadły na pomysł iż może uda się by właściciel hostelu , gdzie spały  zawiózł je  za podobną cenę , my chciałyśmy się przyłączyć partycypując w kosztach , jednak mafia busowa nas wyśledziła i groziła właścicielowi hostelu ,jeśli nas zawiezie , bowiem to oni tylko mają monopol na te przewozy. Ostatecznie  Niemki jako , iż im się spieszy płacą trochę więcej od nas a my korzystamy na sytuacji i udajemy się do Probolinggo z nimi , a stamtąd znów do Surabya, by kolejnego dnia pociągiem ruszyć do Yogyakarty.

Informacje praktyczne:

przelicznik 1USD=13.000 IDR

Damri Bus -lotnisko Surabaya Juanda do Surabaya Terminal Purabaya=cena 20.000 IDR osoba ( jedzie 20-30 minut)

Surabaya-Probolinggo – bus z klimą , jedzie 3h, koszt 30.000 IDR osoba

bus z Probolinggo do Cemoro Lewang -37.500IDR osoba ( tam) , z powrotem niestety drożej

zakwaterowanie pokój deluxe 2 osobowy ze śniadaniem 425.000IDR

restauracja w hostelu, pierś z kurczaka z ryżem i warzywami 43.000IDR, naleśnik z owocami i czekoladą 23.000IDR, były też tańsze dania obiadowe 23.000-28.000 IDR

Opublikowano INDONEZJA 2016 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Park Narodowy Los Glaciares – Perito Moreno najsłynniejszy lodowiec świata

Kolejnym ważnym punktem naszej podróży jest lodowiec Perito Moreno .Jest to trzeci co do wielkości lodowiec świata , oferuje niezapomniane widoki i nie wyobrażam sobie go pominąć będąc tak blisko , to obowiązkowy punkt Patagonii. Za bazę wypadową pod lodowiec obieramy El Calafate , stąd bowiem są busy codziennie rano między 8 a 8.30 oraz po południu 13h lub 15h i odpowiednio dopasowane powroty-ostatni powrót 18h lub 19.30 . My wybieramy podróż rano oraz powrót o godzinie 16h z Perito Moreno.Przy wjeździe do Parku Los Glaciares jest pobierana opłata za wstęp. Następnie przejeżdżamy jeszcze koło 30km , aż do parkingu autobusów , są tam również 2 restauracje. W miejscu postoju busa , jest także budka , gdzie można kupić bilety na rejs statkiem tuż przy Perito Moreno tzw safari nautico. Rejsy odbywają się między 10 a 16h i każdy trwa 1h. Nie decydujemy się jednak na tą opcję -obserwujemy pływający stateczek i widzimy , iż nie podpływa on zbyt blisko lodowca, wynika to z tego , iż odpadający fragmenty lodowca wywołują dość duże fale w promieniu 50m. Z innych atrakcji jest możliwy mały lub duży trekking po lodowcu , bezpośrednim organizatorem jest firma Hielo y Aventura-http://www.hieloyaventura.com, na ich stronie znajdziecie dokładny opis wycieczek  oraz cennik.

W miejscu , gdzie jest zejście do portu , zaczynają się pasarele , można nimi podejść 1200m na główny balkon widokowy. Można też z parkingu dla busów podjechać małym busikiem na samą górę , gdzie jest drugie wejście na pasarele widokowe. My decydujemy się przejść wszystko pieszo , zaczynając od dołu i stopniowo zbliżając się do lodowca.

Po drodze jest kilka punktów widokowych.

pasarele-dolna część

pasarele-dolna część

Perito Moreno

Perito Moreno

Perito Moreno

Perito Moreno

Perito Moreno

Perito Moreno

Perito Moreno ma 14km długości i 50-55m wysokości , mnie najbardziej zachwyca widok lodowca z góry- wygląda jak lodowa pustynia, biegun południowy.

Przebija lodowiec Greya , który bardzo mi się podobał w Torres del Paine ,  Perito jest bardziej spektakularny.Jesteśmy świadkami jak odrywają się ściany lodowca i spadają z hukiem do wody , jedna z nich jest naprawdę dość duża .Ogólnie wciąż słychać huk , zapewne to lodowiec się kruszy , tylko ,że w bardziej wewnętrznej części i tego nie widzimy.

Perito Moreno

Perito Moreno

W pobliżu są też inne lodowce , jak np lodowiec Viedma , tu także oferują trekking po jego powierzchni .Spędzamy łącznie kilka godzin podziwiając lodowiec , warto więc zrobić go na własną rękę , korzystając z transportu publicznego . Oferowane są bowiem także jednodniowe wycieczki na lodowiec , jednak nie oferują one nic więcej ponad to, co sami możecie zrobić .

Na tym kończymy wycieczkę po Patagonii ,pozostaje powrót do Buenos Aires -1,5 dnia zwiedzania miasta i powrót do Europy ,jak zwykle za szybko zleciało..

Natomiast , jeśli chodzi o powrót do El Calafate , a potem na lotnisko , jako ciekawostka powiem Wam, że mając bilet na trasie El Calafate-El Chalten-El Calafate- można wysiąść po drodze na lotnisku , gdyż bus się tam zatrzymuje jadąc z El Chalten , jednak nie ma opcji kupna biletu tylko z El Calafate na lotnisko. Tu należy skorzystać z firmy Ves Patagonia – rezerwacja telefoniczna – nasz właściciel hostelu dzwonił do nich 2 dni wcześniej , ale już nie było miejsc , więc ostatecznie on zawiózł nas na lotnisko.

Informacje praktyczne:

-zakwaterowanie w El Calafate-Hostel Los Manatiales -96USD za 2 noce w pokoju 2 osobowym , do tego należy doliczyć 21% Vat , jednak znów udaje mi się dojść do porozumienia i uniknąc Vatu

-bus El Calafate do Perito Moreno-450ARS w dwie strony +10 ARS opłata dworcowa  ( ceny takie same z Cal Tour czy Taqsa )

-polecam  Pizzerie La Zorra przy gł ulicy , koszt dużej pizzy 220ARS

-wstęp do Parku Los Glaciares-260 ARS

-safari nautico – 250 ARS

-Ves Patagonia -transport busem na lotnisko w El Calafate-100ARS od osoby

-taxi na lotnisko El Calafate – koło 250ARS

 

Opublikowano ARGENTYNA 2016 | Otagowano , | Dodaj komentarz

El Chalten stolica argentyńskiego trekkingu

Następnym etapem naszej podróży jest El Chalten- stolica trekkingu argentyńskiego , oczywiście amatorzy gór jeżdżą też do Bariloche  czy Esquel , jednak my ze względu na możliwości czasowe decydujemy się- najpierw na przejazd Puerto Natales do El Calafate , a stamtąd jeszcze tego samego dnia do El Chalten.  Pierwszy odcinek pokonujemy z Bus Sur – autobus ma odjazd o 7.30 a do El Calafate docieramy koło 13h. Tym razem granica idzie dość szybko i w ogóle śmiesznie wygląda jak na przejście graniczne.

 

granica argentyńsko-chilijska

granica argentyńsko-chilijska

Po przybyciu do El Calafate , mamy ponad  3h oczekiwania ,wykorzystujemy ten czas na posiłek  , schodząc z dworca schodami w dół , bowiem na samym dworcu nie ma opcji zjedzenia czegoś normalnego. Blisko dworca jest też bankomat- jednak trzeba wyjść drugim wyjściem-tym prosto na ulicę i skręcić w prawo , wówczas po jakiś 5min pieszo po lewej stronie jest bank z bankomatem. Na dworcu autobusowym jest też punkt informacyjny , gdzie można pobrać foldery  informacyjne o pobliskich atrakcjach turystycznych.

Jeśli kupujecie bilety z El Calafate gdziekolwiek przez internet , należy pamiętać by u tego samego operatora zapłacić 10 ARS podatku – bez tego mogą nie wpuścić do autobusu lub możecie mieć problemy później w razie kontroli.

O 16.30 wyruszamy w końcu w kierunku El Chalten , czasami przez drogę  widać przebiegające  guanaco – jest nawet znak drogowy informujący jak zachować się w takiej sytuacji: nie trąbić , zwolnić i czekać ,aż zwierzę przebiegnie…

Im bliżej El Chalten widoki z autobusu coraz ładniejsze….

w drodze do El Chalten

w drodze do El Chalten

w drodze do El Chalten

w drodze do El Chalten

Do celu docieramy o 19.30 , dworzec jest na końcu miasteczka , są dwie główne ulice na krzyż.Nasz hostel jest pośrodku avenidy San Martin , więc mamy jakieś 15-20 min pieszo z bagażami.  Gdy docieramy na miejsce- Hosteria Fitz Roy , zakwaterowanie robi dobre wrażenie , mamy w końcu łazienkę tylko dla siebie. Normalnie tu i w większości miejsc nie można płacić kartą – jest to związane ze słabym zasięgiem internetu , jest jeden bankomat w miasteczku ale nie korzystałyśmy – podobno nie obsługuje kart z metalowym chipem. Lepiej więc tu wziąć gotówkę i nie martwić się o płatności kartą.

El Chalten to malutkie miasteczko , liczące poniżej 2000 mieszkańców , od 2 lata dopiero szczyci się prawami miejskimi a od roku mają tu dopiero zasięg telefonii komórkowej i internet, jednak jedna z mieszkanek zapewnia mnie ,że dobrze żyło si ę i bez tego.

widok z góry na El Chalten

widok z góry na El Chalten

Określenie tego miejsca jako stolica argentyńskiego trekkingu trochę mnie dziwi , gdyż mamy tu tylko 2 główne szlaki  i kilka pomniejszych.

  1. Laguna Torre-18 km w dwie strony
  2. Laguna de los Tres -20km w dwie strony , szlak ten odznacza się większą skalą trudności niż ten pierwszy.

Więcej informacji o szlakach znajdziecie na stronie    http://www.elchalten.com/indexen.php ,która jest również w wersji angielskiej.

Jako iż mamy dwa pełne dni do dyspozycji na ten zakątek Argentyny , zamierzamy wykonać oba szlaki. Pierwszego dnia  wyruszamy do Laguna Torre. Muszę dać odpocząć moim nogom i dziś zamiast ciężkich butów trekkingowych , jakie nosiłam przez ostatnie dni , zakładam zwykłe , których używam do chodzenia po Beskidach  w Polsce. Na szczęście trasa nie jest mocno wymagająca i okazują się wystarczające. Szlak zaczyna się  w połowie ulicy San Martin – jest wyraźnie oznakowany jego początek .Początkowo pnie się do góry  przez ponad 2km ,  skąd oferując ciekawe widoki .

na szlaku Laguna Torre

na szlaku Laguna Torre

na szlaku Laguna Torre

na szlaku Laguna Torre

Każdy km szlaku jest oznaczony , co stanowi dobrą orientację na drodze do celu.W końcu dochodzimy do punktu widokowego Mirador del Torre , skąd już możemy podziwiać Cerro Torre.

Cerro Torre

Cerro Torre

Następnie mamy zejście w dół i dość dłuższy czas szlak biegnie  po równinie oferującej widok na Cerro Torre-3102 m  i okoliczne szczyty i lodowce.

widok na Cerro Torre

widok na Cerro Torre

 

Pogodę mamy piękną , ludzi na szlaku też nie aż tak dużo , naprawdę jestem szczęśliwa w tym pięknym otoczeniu , wolna od trosk dnia codziennego… gdyby się tak dało ten moment zatrzymać na dłużej.

Mając za nami ponad połowę szlaku , zaczynamy schodzić w dół , to już droga prowadząca do Laguna Torre , większa jej część biegnie wzdłuż strumyka . W końcu dochodzimy do laguny tuż przy Cerro Torre.

Laguna Torre

Laguna Torre

Cały szlak dość wolnym tempem zajął nam 6h .Wracając z powrotem , Paulina dostrzegła kondory .

Szybuje kondor

Szybuje kondor

Następny dzień naszego pobytu w El Chalten , przeznaczamy na drugi z głównych szlaków- Laguna de los Tres. Początek tego szlaku znajduje się na końcu ulicy San Martin .

szlak na Fitz Roy -10.2km , trudność średnia-wysoka

szlak na Fitz Roy -10.2km , trudność średnia-wysoka

My jednak chcemy sobie trochę urozmaicić trasę  ,by nie wracać tą samą drogą , zaczynamy od szlaku przy Hosteria El Pilar w kierunku Laguna Capri. Jako , iż Hosteria El Pilar znajduje się jakieś 14km od miasteczka , w agencji turystycznej na ulicy San Martin-tuż przy barze wegetariańskim ( bardzo smacznY-polecam!) kupujemy transfer . Bus jedzie docelowo do Jezioro El Desierto , a nas wysadzają po drodze. Zanim dojedziemy do El Pilar , busik zatrzymuje się w miejscu , gdzie możemy podziwiać piękny widok na Fitz Roy -3405 m

Fitz Roy

Fitz Roy

Wysiadamy przy drodze wiodącej do Hosteria El Pilar , tu trzeba przejść jakieś 500m by dotrzeć do początku szlaku wiodącego do Laguna de los Tres.

widok na Fitz Roy z okolic Hosteria El Pilar

widok na Fitz Roy z okolic Hosteria El Pilar

Stąd do Laguna de Los Tres mamy 5,5 km , po drodze  jest punkt widokowy na lodowiec Piedras Blancas. Początkowy szlak biegnie lasem liściastym i nie ma spektakularnych widoków , aż do punktu Mirador de las Piedras Blancas.

Mirador de las Piedras Blancas

Mirador de las Piedras Blancas

Następnie po dość krótkim czasie , mamy rozwidlenie szlaku , albo w kierunku El Chalten albo Poincenot , Rio Blanco i Laguna de los Tres.Ja dochodzę jedynie do Rio Blanco , w sumie od początku zakładałam , iż odpuszczę sobie wchodzenie ponad 1 km ostro pod górę , Paulina jest bardziej ambitna i wchodzi na samą górę- aż do Laguna de los Tres.

most na Rio Blanco

most na Rio Blanco

A oto widok  na Laguna de los Tres

Laguna de los Tres

Laguna de los Tres

widok z góry z Laguna de los Tres

widok z góry z Laguna de los Tres

Wracając w kierunku El Chalten,  przed dojściem do Laguna Capri , także mamy piękne widoki na Fitz Roy z innej strony.

widok na Fitz Roy

widok na Fitz Roy

W pewnym momencie szlak znów się rozwidla i można iść bezpośrednio do Laguna Capri lub pod Mirador  Fitz Roy , szlaki te łączą się zaraz za Laguną Capri , by wspólnie biec już do El Chalten. Zanim jednak dojdziemy do tego rozwidlenia , jest także opcja wejścia na szlak Madre e Hija , który następnie łączy się w połowie drogi ze szlakiem Laguna Torre.

rozwidlenie szlaków na trasie Laguna de Los Tres do El Chalten przez Laguna Capri

rozwidlenie szlaków na trasie Laguna de Los Tres do El Chalten przez Laguna Capri

Laguna Capri , jest pięknie położona i dysponuje małymi żwirowo-piaskowymi plażami , niektórzy nawet się kąpią. Woda jest tu krystalicznie czysta.

Laguna Capri

Laguna Capri

Średnim tempem , cały szlak zajął mi 7h , dziś to ostatni dzień trekkingu , więc też potrzebowałam więcej luzu .

Jeśli chodzi o fajne miejsce do jedzenia -szczerze mogę polecić restaurację La Senyera – przy jednej z gł ulic Lago del Desierto . Ciekawy wystrój , dobre jedzenie polecam!

La Senyera- wystrój

La Senyera- wystrój

Poza tym jest kilka innych fajnych miejsc  jak np bar wegetariański na ul San Martin , pamiętajcie ogólnie nie można płacić kartą!

Informacje praktyczne:

-bilet bus Puerto Natales -El Calafate z linią Bus Sur- 28 USD ( wyjazdy wtorki , czwartki i soboty  o 7.30 i 14.30 – przejazd trwa koło 5h )

-bilet bus El Calafate-El Chalten 370  ARS  -firma Taqsa/ Magra (można spróbować nabyć bilet na http://www.plataforma10.com ,mi nie zaakceptowało karty bankowej i kupiłam bezpośrednio na stronie Taqsa – tyle ,że tu jest mniej dostępnych busów.

-zakwaterowanie El Chalten- Hosteria Fitz Roy- 210 USD za 3 noce -pokój 2 osobowy ze śniadaniem , udało nam si wymigać od płacenia 21% Vat , bo normalnie do tej ceny trzeba by doliczyć Vat.

-cena transferu z El Chalten do Hosteria El Pilar – 125 ARS

Opublikowano ARGENTYNA 2016 | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Torres del Paine- na szlaku trasy W- część III

To już ostatnia część relacji z Torres del Paine . Zostały nam do pokonania odcinki:

Refugio El Chileno – Refugio Los Cuernos

Refugio Los Cuernos- Refugio Paine Grande

Zaczynamy więc od El Chileno , wychodzimy zaraz po śniadaniu o 9.30.Początkowo szlak biegnie tak samo jak przyszłyśmy, w połowie drogi jest odbicie na Refugio Los Cuernos lub można iść na około schodząc niemal pod hotel Las Torres- zależnie od potrzeb. My idziemy   ” na skróty”.Jest za to mniej ludzi na szlaku , pogoda nam również dopisuje , większa część dnia jest słoneczna i ciepła , dopiero późnym popołudniem chmurzy się i nawet lekko grzmi. Połowę szlaku idziemy mniej więcej razem , potem się rozdzielamy , bo ja za bardzo zostaję w tyle. W pierwszej części szlaku jest sporo widoczków na jezioro Nordenksjold.

Jezioro Nordenskjold

Jezioro Nordenskjold

Lago Nordenskjold

Lago Nordenskjold

Szlak nie ma drastycznych przewyższeń terenu , więc mimo dłuższego dystansu , idzie się w miarę lekko.Poniżej mapka szlaku

szlak Hotel las Torres-Refugio Los Cuernos

szlak Hotel las Torres-Refugio Los Cuernos

Mijamy też ciekawy most na jednej z rzek .

w drodze do Los Cuernos

w drodze do Los Cuernos

Im bliżej schroniska tym lepszy widok na Cuernos del Paine-kolejna charakterystyczna wizytówka  parku .

Cuernos del Paine

Cuernos del Paine

Stąd jest jeszcze jakieś 1,5h drogi , raz pod górkę, raz z górki. Do schroniska docieram koło 16.30 – czyli szlak mi zajął 8h , szłam spokojnym tempem , w końcu nie przyszłam tam na wyścigi , lecz także by chłonąć otaczającą mnie przyrodę.

Schronisko jest tuż nad rzeką z małym zejściem na kamienistą plaże i z widokiem wprost na Cuernos del Paine.

SAM_5259

zatoczki w okolicy schroniska Cuernos del Paine

Jest ono podobne do poprzednich z Fantastico Sur z   naprawdę smaczną i obfitą kolacją. Ogólnie kolacje warto zamówić , po dniu trekkingu naprawdę jest to dobra rzecz.  Zwykle można zamówić ją z wyprzedzeniem przez neta , albo na miejscu  bodajże do 17h. Sklepik jaki jest tutaj , jest mocno pusty .

Trochę łamiemy sobie głowę, jak optymalnie zorganizować ostatni dzień, najlepiej byłoby zdążyć na prom o 12.30 z Paine Grande , Paulinę kusi wypad do doliny francuskiej i powrót ostatnim promem o 18.30 , co oznaczałoby , że  musiałaby przejść jakies 22 km w jeden dzień. Ostatecznie jednak rezygnujemy , gdyż to zbyt napięty plan.

Ostatniego dnia  wyruszamy wcześnie ,czekamy aż tylko trochę się rozwidni-czyli do 7 rano. Jeszcze jest lekko ciemnawo , jednak wychodzimy , gdyż mamy wg wskazań 5h szlaku i musimy się sprężać by zdążyć na prom.

na szlaku Refugio Los Cuernos-Paine Grande

na szlaku Refugio Los Cuernos-Paine Grande

Dzisiejszy szlak już jest bardziej męczący i liczy 12,5 km  .Pierwszą godzinę idzie się w miarę płasko , jednak potem zaczyna się mocne podejście pod górę, tak wcześnie nie ma jeszcze nikogo na szlaku ,a momentami ten nie jest tak dobrze oznaczony i zdarzyło nam się raz zbłądzić , ale zorientowałyśmy się szybko. Następnie mamy mocne zejście w dół w kierunku Domo Frances( zakwaterowanie) i Campamento Italiano. Stąd zaczynają się widoki pobliskiej doliny francuskiej.

wejście do doliny francuskiej

okolice doliny francuskiej

Docieramy do Campamento Italiano- pole namiotowe-trzeba mieć swój namiot i można zarezerwować pobyt tylko na 1 noc  , celem zwiedzenia doliny francuskiej .Stąd odchodzą dwa szlaki -jeden do doliny , drugi do Paine Grande

wejście do doliny francuskiej

wejście do doliny francuskiej

My oczywiście idziemy do Paine Grande , musimy przejść przez kolejny malowniczy most.

przeprawa z Campamento Italiano w stronę Paine Grande

przeprawa z Campamento Italiano w stronę Paine Grande

wejście do doliny francuskiej

wejście do doliny francuskiej

Stąd znów mamy na zmianę , góra-dół .

szlak z Campamento Italiano do Paine Grande

szlak z Campamento Italiano do Paine Grande

W końcowym etapie mijamy spaloną część parku , wciąż oglądam się wstecz patrząc na góry strzegące wejścia do doliny francuskiej.

widok na wejście do doliny francuskiej

widok na wejście do doliny francuskiej

Ostatnią godzinę musiałam mocno przyspieszyć tempa , bałam się, że nie zdążę na prom , ostatecznie przychodzę 30 min przed jego odpłynięciem , więc wielka ulga. W Pudeto wsiadamy w autobus do Laguna Amarga- następnie do Puerto Natales tym samym busem . Na krótkim postoju, tu po raz pierwszy na szybko udaje nam się zobaczyć guanaco z bliska.Są to zwierzęta z rodziny lam , które żyją w parku , jednak widziałyśmy je tylko wzdłuż dróg , którędy jeździły busy i auta, czyżby tak lubiły ludzi? w ogóle się mnie nie boją , szkoda ,że kierowca już woła do busa , bo nie zdążyłam się napatrzeć , ale udało się zrobić na szybko kilka zdjęć.

guanaco w okolicy Laguna Amarga

guanaco w okolicy Laguna Amarga

Na tym kończę moją relacje z Torres del Paine , po powrocie do Puerto Natales , następnego dnia udajemy się do El Chalten-stolicy argentyńskiego trekkingu.

Opublikowano CHILE 2016 | Otagowano , , | Dodaj komentarz