Deszczowe lasy Kostaryki

Kostaryka to raj dla miłośników przyrody , spotkamy tu ogromne bogactwo flory i fauny , niezliczoną ilość gatunków ptactwa. Na szczególną uwagę zasługują jednak lasy deszczowe , które mają specyficzny mikroklimat  ,cechują się wysoką sumą rocznych opadów przekraczających 2000m  . To właśnie  tutaj odbyłam swoją pierwszą wizytę w lasach deszczowych.  Bazą wypadową do 2 najbardziej znanych lasów deszczowych jest miejscowość Santa Elena. Można tu dotrzeć bez problemu komunikacją publiczną zarówno z San Jose , Puntarenas czy  La Fortuna. W moim wypadku przybyłam tutaj z La Fortuna i zamiast półdniowej przejażdżki autobusem z długą przesiadką w Tilaran , wybrałam transport prywatny łączony czyli jeep-boat-jeep . Miał przystępną cenę 25 usd  , a całą trasę pokonałam w 4h zamiast 7-8h busem. Do tego miałam bonus w postaci widoku na wulkan El Arenal z jeziora El Arenal. 1,5h odcinek pokonujemy małą łódką po jeziorze Arenal , skąd potem odbiera nas kolejny mały bus i dowozi do wybranego hotelu w Santa Elena.

widok na wulkan Arenal z jeziora Arenal

Po drodze mamy też postój z pięknym widokiem na okolice , bowiem ten region jest górzysty .

w drodze do Santa Elena/Monteverde

Docieram do Santa Elena koło 18h , więc tego dnia jedynie robię mały rekonesans miasteczka. Muszę zaznaczyć  iż , gdy nie świeci już słońce jest naprawdę chłodno -koło 18 stopni i zimny wiatr.  Jeśli chodzi o restauracje mogę szczególnie polecić położoną przy głównej ulicy , dość blisko informacji turystycznej Tico y Rico , gdzie przyrządzoną dla mnie specjalnie wegetariańską wersje tortilli i sosami. tzw Taco Alambre.

Taco Alamabre-wersja wege

W okolicy oprócz odwiedzenia lasów deszczowych , są inne atrakcje jak plantacje kawy czy kakao. Ja skupię się na tym co sama zobaczyłam i moich wrażeniach .

Pierwszego dnia odwiedzam MONTEVERDE Cloud Forest czyli Mglisty Las Monteverde – jest on oddalony jedynie koło 6km  od miasteczka. Można się tam dostać miejskim autobusem -bilet kosztuje 700 colonów w jedną stronę. Uwaga połączenia poniżej ( te oznaczone gwiazdką tylko w wysokim sezonie)

rozkład jazdy z miasteczka Santa Elena do mglistego lasu Monteverde

Wstęp do Parku kosztuje 22 USD – można płacić kartą i jest czynny od 7 do 16h. Las jest położony na wysokości 1800m ( choć najwyższy punkt szlaków pieszych sięga 1250m) , więc odczuwa się tu trochę chłodu , koniecznie polecam wziąć płaszcz przeciwdeszczowy.

Przy wejściu do parku obsługa pyta ile czasu chcemy przeznaczyć na zwiedzanie i wskazują trasy , jakie możemy zrobić , przy okazji pokazują mapkę parku – warto zrobić sobie zdjęcie dla lepszej orientacji , choć na trasie są punkty , które wskazują w jakim punkcie się znajdujemy.

mapa szlaków w Monteverde Cloud Forest

Moja zaznaczona trasa trwa 3h , choć pochodziłam trochę dłużej , niestety popadywało i było mgliście , więc nie udało mi się zobaczyć panoramy okolicy z punktów widokowych.

Zachwyca tropikalna bujna roślinność jak i odgłosy ptactwa.

Poniżej kilka zdjęć z tej trasy .

Monteverde Cloud Forest

Monteverde Cloud Forest

 

Monteverde Cloud Forest

Monteverde Cloud Forest

Następnego dnia wybrałam się w kolejne dwa miejsca;

-Selvatura  oraz Bosque Nuboso de Santa Elena, oba znajdują się też koło 6km od miasteczka.

Ten pierwszy organizuje swój transport , który jest wliczony w cenę biletu aktywności jakie sobie wybierzemy. W Selvatura możemy skorzystać ,że słynnego canopy tour( czyli zjazd na linach w stylu Tarzana między drzewami) czy wybrać 3km pieszy szlak , podczas którego pokonuje się 8 mostów o wysokości 20-35 m i długości od 90 do 130m , z których można jeszcze lepiej obserwować tamtejszą przyrodę. Na canopy tour się nie zdecydowałam , nie pociągają mnie tego rodzaju aktywności . Natomiast pokonanie szlaku zajęło mi 1,5h nieśpiesznym tempem , niestety w mocno padającym deszczu i jak dla mnie sporo nadmiernym tłumie ludzi. W Selvatura są też dodatkowe atrakcje , jak park kolibrów ( 5 usd) czy motylarnia ( 15 usd) , jednak wszystko dodatkowo płatne. Szlak z wiszącymi mostami -koszt wstępu 35 usd.

Selvatura-wiszące mosty

Selvatura-ogród kolibrów

Selvatura-park kolibrów

Nie podoba mi się jednak pomysł , zamontowanych na powyższym zdjęciu pojemników wypełnionych wodą z cukrem , które mają właśnie przyciągać te piękne ptaki. Najwięcej jest tych o zielonym umaszczeniu , niektóre partie piór zmieniają kolor na brunatno-brązowy pod wpływem światła.

Bardzo blisko parku Selvatura mamy Bosque Nuboso de Santa Elena , czyli mglisty las Santa Elena , które często jest pomijany przez turystów. Wystarczy podejść 500m w górę główną drogą by tam dotrzeć. Wstęp tutaj kosztuje 16 USD , mają też busa , który dowozi turystyów z miasteczka w cenie 2 USD w jedną stronę .

Bosque Nuboso Santa Elena -plan szlaków

W tym parku poczułam się jeszcze bardziej oczarowana przyrodą niż w Monteverde , prawie nie było ludzi , ścieżki w większości przypominały bardziej leśne , roślinność przypominała ,że jestem w prawdziwej dżungli. Byłam zachwycona. Najbardziej ” dziki” szlak to Cano Negro , jednak przeszłam tylko jego część z uwagi na problemy z nogą.

Bosque Nuboso de Santa Elena

Bosque Nuboso de Santa Elena

Jeśli macie zbyt mało czasu lub ograniczone fundusze zdecydowanie polecam odwiedzenie  lasu mglistego Santa Elena , dużo mniejszy tłok ,większe zagęszczenie roślinności i lepsze wrażenia. Selvatura , postawiłabym na ostatnim miejscu , chyba ,że komuś zależy na canopy tour.  Reasumując Monteverde to piękna górzysta i zielona kraina , warto ją zobaczyć , jeśli wybieracie się do Kostaryki .

Opublikowano KOSTARYKA 2019 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

El Arenal najbardziej aktywny wulkan Kostaryki

Na terenie Kostaryki , jak i również sąsiedniej Nikaragui znajdziemy dużo stożków wulkanicznych – w samej Kostaryce jest ich 112 , z czego czynnych jest 7 z nich. Do najbardziej czynnych należy El Arenal ( 1633m), który to udało mi się odwiedzić podczas mojej wizyty w tym kraju.  Blisko stolicy są dwa inne dość łatwo dostępne – Poas ( drugi pod względem szerokości krater na ziemi -1,5km) oraz bardzo charakterystyczny  jego kolor. Niedaleko San Jose natomiast jest także położony wulkan Irazu , o znacznie większej wysokości -3432m , będący zarazem najwyższym szczytem w kraju.

Moją podróż po Kostaryce zaczęłam właśnie od udania się do La Fortuny , skąd są organizowane wyjazdy do stóp wulkanu Arenal. Z tej miejscowości na wulkan jest koło 17km.   Można się tam udać bezpośrednio z San  Jose lub pobliskiej Alajueli ( która swoją drogą jest lepszą miejscówką po wylądowaniu na lotnisko SJO) lub z przesiadką w Ciudad Quesada. Bilet na transport publiczny kupiłam  2h przed odjazdem w Estacion Norte w Alajueli i nie było z tym problemu . Autobus odjeżdża o 9.20, potem jest jeszcze jeden o 12h. Koszt biletu to 2650 colonów. Dla ułatwienia przeliczenia waluty lokalnej podaję kurs jakim posługiwano się w całym kraju   1 usd=600 colonów . Pokonanie trasy  125km zajmuje 4h , tu możecie sobie wyobrazić jak wygląda transport publiczny w Kostaryce.  Jedzie się długo i często z przesiadkami , w zamian za niewielką cenę .

La Fortuna to niewielkie miasteczko nastawione na turystykę , jest tu wiele hoteli/hosteli , restauracji i agencji organizujących  wycieczki w okolice wulkanu .

atrakcje w okolicy La Fortuna

Korzystam z zakwaterowania w  Sunset Inn Valle del Volcan , które znajduje się na obrzeżach miasta – koło 800m od centrum , w spokojnej okolicy , jest to mały hostel operowany przez starszego pana o imieniu Israel – 2 noclegi ze śniadaniem – tradycyjne gallo pinto czyli potrawka z ryżu , czarnej fasoli i smażonego jajka + smażone banany wyniosły mnie 45usd .

widok na El Arenal z okolic mojego hostelu

W miasteczku są również bankomaty Banco San Jose i Banco de Costa Rica , w tym drugim nie działała moja karta Mastercard , potem podobne historie słyszałam od innych turystów , więc trzeba mieć na uwadze , by mieć jakąś rezerwę gotówkową , choć w wielu miejscach można płacić kartą .

Wycieczki w okolice wulkanu Arenal składają się gł z 2 części , które można razem połączyć i uzyskać lepszą cenę . Jest jedynie 3 organizatorów ; Lava Tours ( tuż przy stacji autobusów) De Tours i jeszcze jedna firma , której nazwy nie pamiętam , cała reszta w tym krążący po ulicach agenci i nagabywujące na wycieczki to pośrednicy. Ja wybrałam się z firmą DeTours

https://www.facebook.com/pages/category/Tour-Agency/Detours-COSTA-RICA-889576244518935/

1 Observatory Lodge -koszt 35-40 usd – jest to 3 km  spacer po lesie tzw drugiej klasy( co oznacza ,iż wyrósł on na miejscu pierwotnego lasu , który został zniszczony przez lawę wulkaniczną )  u podnóża wulkanu , gdzie można zaobserwować różne ptaki , także charakterystycznego dla Kostaryki – tukana , przejść przez 2 wiszące mosty, odwiedzić wodospad z opcjonalną kąpielą oraz obserwować wulkan z Observatory Lodge , jeśli zechce nam pokazać swoje oblicze w pełnej krasie, bo z tym zwykle jest problem. Tutaj także możemy podziwiać tęczowe eukaliptusy , których pnie  mają kolorowe linie. Większośc wycieczek organizuje tu wyjazdy o 14h , choć mi się udało załapać na poranną wycieczkę o 8 rano  , mając nadzieję , że wulkan nie będzie zachmurzony. A oto kilka fotek z wycieczki .

tukan

tukan

 

dzięcioł

dzięcioł

gniazda wiszące na drzewach ptaka Montezuma

gniazda wiszące na drzewach ptaka Montezuma

eukaliptus tęczowy

eukaliptus tęczowy-pień

 

wiszące mosty

Najlepsze zdjęcie jakie udało mi się zrobić wulkanowi na tej wycieczce to niestety tylko takie. Mimo to , jestem zadowolona , gdyż widziałam kilka gatunków ptaków i inne atrakcje wymienione wyżej.

El Arenal

2 Druga wycieczka to 800 metrowa wspinaczka po ścianie wulkanu , do około połowy jego wysokości i chodzenie po zastygłej lawie  , ja niestety nie mogłam skorzystać , z uwagi na problem z nogą  i zbyt strome podejście w górę  . Koszt też koło 40 USD. W pakiecie oferowano obie wycieczki za 60 USD-wtedy jest to całodniowy wyjazd obejmujący obiad.

W cenie także była wizyta w ciepłych źródłach w okolicy Tabacon -do których wstęp jest darmowy i nazywają się El Chollin – woda ma tu temperaturę 36-38 stopni . Jako iż nie biorę udziału w drugiej części wycieczki , zostaje tutaj dłużej w sumie 3h i na końcu spotykamy się z grupą z rannej wycieczki. Byłam pozytywnie zaskoczona , że nad ta ciepłą rzeką nie gryzły żadne insekty , bo w Polsce już dawno bym była zgryziona . W okolicy są też inne  baseny termalne przy hotelach , jednak te są już dodatkowo płatne.

gorące źródła w okolicy Tabacon

Inną popularną wycieczką jest  Rio Celeste  – koszt oscyluje w okolicy 70USD i jest to wyjazd całodniowy. Poza tym można się wybrać do wodospadu  La Fortuna.

Kiedyś inną popularną wycieczką był trekking na wulkan Cerro Chato , który jest obok El Arenal , jednak ze względów bezpieczeństwa został zamknięty dla turystów , co nie oznacza , że wycieczki na El Arenal są w 100% bezpieczne  , gdyż wulkan jest aktywny .W 2018 roku minęło 50 lat od fatalnej erupcji El Arenal , w którym straciło życie 89 osób.

Podczas 2 dni pobytu nie udało mi się w pełni zobaczyć twarzy wulkanu , jednak udało mi się w dzień odjazdu będąc na jeziorze Arenal, ale o tym już w kolejnym wpisie .

 

Opublikowano KOSTARYKA 2019 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Machu Picchu- Wielki Dzień

Dziś ostatni dzień naszej wędrówki , zwieńczony dotarciem do celu – Machu Picchu. Mamy jedynie 5km trasy do zrobienia , jednak z uwagi na organizację pracy tragarzy, musimy wstać bardzo wcześnie -koło 2.30, tak by zdążyli oni na lokalny pociąg z Aguas Calientes.  My po zebraniu się ruszamy w drogę , by ledwo po rozpoczęciu stanąć w kolejce do punktu kontrolnego, który otwierają dopiero o 5.30. Ustawia się więc długa kolejka , która czeka koło 1h zanim pozwolą nam wejść na ostatni etap Camino Inca. Gdy , tylko zaczyna świtać widzimy całokształt otoczony górami , droga jest wąska , a ludzi dużo , więc nie bardzo jest , gdzie się zatrzymywać na podziwianie widoków.

tuż przed Machu Picchu

Na tym odcinku są jeszcze podejścia w górę i w dół ,jednak odcinek jest krótki , więc szybko mi idzie pokonanie trasy , szybciej niż w inne dni.  W końcowym odcinku marszu docieramy do tzw. Sun Gate – czyli bramy słońca koło 6.30 . Stąd mamy szczęście obserwować wschód słońca , który pomału rozświetla ruiny , widok ten ma w sobie sporo magii.

widok z Bramy Słońca na Machu Picchu o wschodzie

Stąd już wiedzie prosta droga w dół , do wejścia do kompleksu , gdy przybywamy nie ma jeszcze dużych tłumów , jednak już zjeżdżają się autobusy z Aguas Calientes. Nasza grupa , jak i każda inna , która przeszła Camino Inca , wyróżnia się na tle pozostałych odwiedzających pamiątkowymi koszulkami , jak i śladami po wielodniowym trekkingu( stan czystości ubrań pozostawia trochę do życzenia). Jesteśmy jednak dumni , że się udało , że nie jesteśmy jednymi z wielu , którzy jedynie wsiedli w pociąg a potem w autobus i w jeden dzień dotarli do ruin. Na pewno przeżycie dotarcia do Machu Picchu jednym z trekkingowych szlaków daje zupełnie inne wrażenie , trudniej przychodzi , więc i radość i satysfakcja jest sporo większa , a liczne wspomnienia na dłużej zapadną w pamięć.

Przy głównym wejściu sprawdzają ponownie paszporty i bilety wstępu , które są ujęte w cenie trekkingu .Osoby z za dużymi plecakami mogą je zostawić w przechowalni za opłatą. Z tego co udało mi się doinformować plecak mógł mieć max 20 litrów , mój chyba miał więcej , ale na szczęście nikt go nie kwestionował i nie zostawiałam go w przechowalni. Tutaj mamy zwiedzanie ruin z naszym przewodnikiem , który ciekawie opowiada o tym pięknym miejscu , następnie jest czas wolny , jest kilka osób , które zdecydowały się tego samego dnia wejść na jedną z otaczających gór tu Huayna Picchu , którą widać na zdjęciu poniżej .

Machu Picchu

Po całym kompleksie biegają lamy wraz z małymi tzw. baby lama , wzbudzają duże zainteresowanie wśród turystów , są strażnicy , którzy pilnują by nie były zbyt nagabywane.

lamy na Machu Picchu

Machu Picchu zostało odkryte dopiero w 1911 roku przez Amerykanina Hirama Binghama, jego wysokość rozciąga się od 2090 m do 2400m .Obecnie jest wpisane na listę współczesnych cudów świata , do dziś jednak nie wiadomo , dlaczego tak nagle zostało opuszczone.  Nasz przewodnik mówił , iż być może jednym z powodów ucieczki z miasta Inków było zahamowanie  przez hiszpańskich najeźdźców wymiany barterowej z innymi okolicznymi ośrodkami ludności , co z kolei nie pozwoliło utrzymać się  jedynie ze swoich zasobów. Machu Picchu jest otoczone z 3 stron wysokimi górami , widoki są naprawdę imponujące , za tymi górami już zaczyna się dżungla amazońska .

góry otaczające Machu Picchu

Machu Picchu – w tle góra Machu Picchu

Na powyższym zdjęciu z kolei możemy obserwować drugą z gór , na którą można wejść w trakcie pobytu w ruinach- Machu Picchu Mountain – na którą ja wybiorę się następnego dnia.

Machu Picchu

Koło 14h , nasza grupa odjeżdża autobusem do Aguas Calientes – podróż trwa 20 minut i tutaj w restauracji mamy pożegnalne spotkanie , choć tak naprawdę cała grupa oprócz mnie, udaje się dalej razem pociągiem do Cusco. Po trekkingu wymieniliśmy się telefonami a następnie w kolejnych dniach zdjęciami .Nasza grupa została ochrzczona jako „Tortugas” przez  przewodnika .

Cieszę się , że zdecydowałam się zostać dzień dłużej w okolicy i wykupiłam ponowne wejście na Machu Picchu następnego dnia , tym razem obejmujące wejścia na Machu Picchu Mountain , zrobiłam to na własną rękę , choć można było to również zrobić z agencją trekkingową.

Bilety wstępu  można kupić bezpośrednio na stronie ;

https://www.machupicchu.gob.pe/inicio

Wejścia są w 2 turach na 6.00-12.00 i 12.00-16.30  , więc czas jest limitowany . Także wejścia na każdą z gór jest wyznaczone na godzinę w 2 turach ( tylko rano).

Jeśli chodzi o koszty wygląda to następująco ;

  •  wstęp do Machu Picchu-152 sole
  • Machu Picchu+ Huayna Picchu lub Machu Picchu Mountain – 200 soli .

Następnego dnia wyruszam jednym z pierwszym autobusów z Aguas Calientes  do Machu Picchu- jest opcja także wejścia pieszo , na skróty około 2km , jednak jest to ostre wejście pod górę. Autobus w jedną stronę kosztuje 12 usd , można go kupić od  ręki na miejscu w miasteczku.  Już przed 6 rano ustawia się wielka kolejka , jednak kolejno są podstawiane następne autobusy , więc posuwa się to sprawnie. Gdy przybywam na miejsce , tym razem całe ruiny okala gęsta mgła. Od razu kieruję się do wejścia na górę Machu Picchu ,gdzie ponownie są sprawdzane bilety oraz paszport , wpisuję się również do księgi wraz z godziną wejścia. Na tą górę wchodzi się w turze od 7-8 rano albo od 9 do 10h . Tutaj mimo , iż nie jest tak stromo jak przy wejściu na Huayna Picchu ( nie zalecane dla osób z lękiem wysokości , zawrotami głowy) , jednak  ta góra jest wyższa , więc i trasa dłuższa. Do pokonania jest również 2670 schodów w jedną stronę . Szczyt , który ma wysokość  3061m zamykają o 12h . Do połowy drogi , niestety widok na ruiny przykrywa wciąż mgła , jednak im wyżej jestem , tym bardziej się rozjaśnia i mogę zrobić już kilka fajnych zdjęć.

w drodze na Machu Picchu Mountain i widok z góry

Widok z samej góry ,gdzie końcowe podejście jest już mocno strome prezentuje się tak ;

widok z Machu Picchu Mountain

na szczycie Machu Picchu Mountain

Sama miałam dylemat , którą z gór wybrać , Machu Picchu Mountain to dłuższy marsz , jednak nie zbyt stromy , z kolei druga góra , na której  nie byłam , już z dołu widać ,że jest mocno stroma . Panorama , z góry na której weszłam bardzo mi się podobała , piękny widok na miasto Inków.  Ponadto przy wyjściu z kompleksu Machu Picchu jest możliwość wbicia sobie samemu bez opłaty pamiątkowego stempla w paszporcie. Nie tak dawno czytałam ,że nie powinno się tego robić , gdyż jeśli się trafi na celnika , który chce utrudnić życie turyście , może on zakwestionować ważność paszportu. Jednak nie umiem się oprzeć pokusie i to mój 4 stempel tego typu ( pozostałe to Titicaca, Canal Beagle oraz Cartero de Fin del Mundo Ushuaia)

Jeśli chodzi o miasteczko Aguas Calientes , nie ma w nim zbyt wiele ciekawego , to mała mieścina , która jest przystankiem przed najważniejszą atrakcją Peru , jest tu sporo hosteli i hoteli, każdy wybierze coś dla siebie.  Dojazd pociągiem natomiast odbywa się ze stacji Cusco Poroy , gdzie też z miasta trzeba dojechać busikiem lub taxi . Bilety na pociąg można nabyć na stronie.

https://www.perurail.com/es/  lub

https://incarail.com/es/

Są to dwaj operatorzy , którzy mają połączenia do miasteczka u stóp Machu Picchu , w obu liniach jest ograniczenie wagowe – bodajże do 10kg , więc nie pojedziecie z wielką walizką . Bilety nie są tanie , jest to prawdopodobnie najdroższy pociąg świata , w przeliczeniu na dystans.   Teoretycznie są jakieś alternatywy , jak np. marsz wzdłuż torów kolejowych , jednak patrząc na trasę jadąc pociągiem , na pewno wiąże się z ryzykiem , gdyż momentami przejście jest tak wąskie , że jeśli w tym samym momencie będzie przejeżdżać pociąg może się to skończyć tragicznie. Inną opcją o jakiej czytałam jest przejazd w kilku etapach do okolicznych wiosek busem i potem przejście piechotą ?nie zagłębiałam się w ten temat , gdyż pociąg powrotny miałam ujęty w cenie trekkingu , więc nie było co kombinować.

Tak po w sumie 5 dniach skończyła się moja wielka przygoda z Machu Picchu , był to czas pełen wrażeń , pogoda również dopisała , było to dla mnie niezapomniane przeżycie . Jeśli tylko dysponujecie czasem i funduszami , warto dotrzeć do inkaskich ruin poprzez trekking , jeśli nie klasyczny to alternatywny. Słyszałam od przewodnika ,że jedną z ładniejszych widokowych alternatyw dla Camino Inca jest Lares Trek , może skorzystam następnym razem , jeśli zdarzy mi się być w okolicy.

 

 

 

 

 

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano | 2 Komentarze

Camino Inca część III

Dzień drugi.

Dziś czeka nas najtrudniejszy dzień – najdłuższy bo ma aż 16 km a do tego najtrudniejszy , ze znacznymi przewyższeniami wysokości- po drodze dwie przełęcze -4200m i 4000m . Dziś droga w większości prowadzi pod górę,  a to co schodzi się z góry też jest męczące , gdyż zejścia są dość gwałtowne. Dziś trzeba zacząć dzień bardzo wcześnie by zdążyć przed zmrokiem dojść do obozu, wstajemy już o 4.30 rano . Każdy dzień zaczyna się od mate de coca , którą tragarze przynoszą do namiotu na przebudzenie. Jest to bardzo miłe , tym bardziej ,że napój jest gorący , a na zewnątrz jest jeszcze zimno , a noc otula całą krainę.

przygotowania do drogi

Jemy pożywne śniadanie , następnie pakujemy co trzeba , dzisiejszy dzień będzie najdłuższy i też na najwyższej wysokości , więc ogólnie trzeba wziąć cieplejsze ubrania . Pierwsze 4 godziny trasy wiedzie cały czas pod górę. Na zdjęciu widzimy schody , jest ich dużo na całej trasie , łącznie koło 8000 stopni , więc kolana mogą dostać w kość , tu z pomocą przychodzą kijki trekkingowe.

dzień drugi, w drodze na przełęcz Martwej Kobiety

Przed ostatnim podejściem na przełęcz 4200m ( Martwej Kobiety) mamy postój , gdzie są publiczne WC i możliwość zakupu snaków , napojów , nie jest tanio , ale poziom cen jest jeszcze akceptowalny( batonik czekoladowy 8 soli) . Jeszcze a propos nazwy przełęczy , nikt tutaj nie umarł , po prostu jej kształt przypomina ponoć kobietę leżącą we śnie i wyglądającą na nieżywą.   Tutaj na tym postoju też mamy sporo lam , które się przechadzają , jednak , nie pozwalają podejść się na zbyt bliską odległość- są płochliwe.

odpoczywająca lama

Ostatnia prosta przed przełęczą jest już bardziej stroma , tu się co chwilę niemal zatrzymuję , idziemy otwartą przestrzenią i w pełnym słońcu , cieszę się , że nie pada , jak to nieraz czytałam na innych blogach . W końcu udaje się wyjść na przełęcz i mogę podziwiać piękny widok z góry.

widok z przełęczy Martwej Kobiety

przełęcz Martwej Kobiety

Jestem dumna z siebie , iż udało mi się wejść , bardzo się bałam tego wejścia , że będzie za trudne i do tego jeszcze na dużej wysokości. Na szczęście nie odczuwam problemów związanych z wysokością , chyba się już zdążyłam przyzwyczaić . Na samej górze jednak jest już wietrznie i nagle się też zaczęło chmurzyć i lekko mżyć. Postój na górze nie trwa długo , następnie musimy zejść do doliny , gdzie spożyjemy lunch , przed kolejnym wejściem na 4000m.

schodząc z przełęczy 4200m

Gdy w końcu zeszliśmy na lunch- między 14 a 15h , czekała nas miła niespodzianka – rozłożone maty do wypoczynku , mieliśmy jakieś 30-40 min na siestę i zregenerowanie sił przed posiłkiem jeszcze. Jedna  z uczestniczek tu zaczyna się źle czuć , ma silne bóle głowy , które nie ustępują mimo tabletek .  Po lunchu znów przed nami wejście z 3600m na 4000m na górę zwaną ” gringo killers” , gdyż podejście jest bardziej strome , niż przy wejściu na poprzednią przełęcz , więc i bardziej męczące.   Po drodze na przełęcz dochodzimy do kolejnych ruin , które były punktem odpoczynku dla posłańców , którzy przemierzali liczne kilometry przez góry by doręczyć wiadomości z różnych zakątków.

ruiny inkaskie -miejsce odpoczynku

Tuż przed wejściem na drugą przełęcz możemy podziwiać tą oto ładną panoramę.

tuż przed drugą przełęczą

Gdy już weszliśmy na górę , odtąd droga już prowadzi w dół , aż do samego obozu na wysokości 3600m.  Tutaj koleżanka , która miała problemy z bólem głowy wcześniej , wymaga już podania tlenu i odtąd obaj przewodnicy holują ją do obozu , a ja idę sobie przedostatnia , w jakiejś odległości od nich , korzystając z ciszy i pustki na szlaku.

Po drodze mijam ruiny Runcuray ( 3800m) , jednak jako , iż zaczyna się ściemniać , nie wchodzę już do ruin , wkrótce dochodzi do mnie jeden z przewodników i wysyła z obozu asystę 2 tragarzy , z którymi spotykam się po jakiś 15 minutach marszu , mają mnie eskortować , jako , iż jest już prawie ciemno. W sumie to nie byli mi potrzebni , droga była już prosta i nie było się gdzie zgubić.

To był najdłuższy dzień na szlaku i najbardziej męczący , z przerwą na lunch byliśmy 12h w drodze , od wschodu do zachodu słońca. Dziś wszyscy szybko padli ze zmęczenia po kolacji , tylko ja zostałam na pogaduszki z jednym z przewodników , dostałam jakiegoś kopa energetycznego po dzisiejszym dniu , pewno stąd ,że jednak dałam rady , mimo ,że brakowało mi wiary w siebie. Dzisiejsza noc za to była bez wątpienia najzimniejsza, mimo nałożenia całej odzieży prawie , zmarzłam , przebudzałam się ze zimna.

Dzień trzeci

Teoretycznie dziś moglibyśmy sobie pozwolić na dłuższe spanie i taką miałam nadzieję , jako , że na dziś jest przewidziane jedynie 10km , jednak przewodnik ostrzegał nas mocno przed zmasowanym atakiem komarów , w wypadku , gdybyśmy wyszli na szlak koło 8-9h. Z tego względu większość przegłosowała ,że również wstajemy koło 6h by wyjść jak najszybciej w drogę.  Dzisiaj także po śniadaniu zostajemy przedstawieni oficjalnie całej grupie tragarzy i kucharzowi , każdy ma powiedzieć kilka słów o sobie , skąd przyjechał i ile ma lat.  To wszystko po hiszpańsku , choć część z tragarzy nawet nie zna tego języka , a posługuje się jedynie keczua , więc tłumaczy nasz przewodnik. Dominująca grupa wiekowa to 40+ , z wyjątkiem 2 trochę młodszych Amerykanek i 17 letniego syna rodziny włoskiej, który zawsze wszystkich wyprzedza i zawsze jest pierwszy w ustalonym punkcie kontrolnym.

kilka ćwiczeń na rozgrzewkę przed opuszczeniem obozu 2

Dziejszy dzień upływa pod znakiem przejścia przez bujną roślinność tropikalną . Początkowo idziemy wąską ścieżką tuż nad przepaścią .

wąska droga nad przepaścią

w drodze , dzień 3

Po jakimś czasie dochodzimy do miejsca postoju , skąd są ciekawe widoki i tutaj pierwszy raz mam zasięg w telefonie , więc oczywiście wysyłam sms , że żyję i że wszystko jest w porządku a cały trekking jest fascynujący .

W dalszej drodze znów zwiedzamy ruiny  Phuyupatamarka czyli miasto w chmurach.

Phuyupatamarka

Stąd zostaje jeszcze jakieś 2h do obozu , najpierw mamy mocne zejście w dół po schodach , następnie jest już dość płasko , po drodze mijam stado odpoczywających lam na środku ścieżki i tym razem się nie boją i nawet dają się głaskać.

odpoczywające lamy

tuż przed obozem nr 3

Gdy docieramy do obozu nr 3 , tym razem w okolicy widzę masę namiotów , tutaj bowiem nocuje większość grup przed wielkim dniem i wejściem przez bramę Słońca do Machu Picchu. Tutaj jest pierwszy raz możliwość skorzystania z zimnego prysznica , długo się zastanawiam i w końcu decyduję się na błyskawiczne odświeżenie , wydając przy tym masę pisków z powodu zimna. Na zewnątrz też nie jest jakoś specjalnie ciepło – między 12 a 15 stopni , więc po kąpieli znów zakładam czapkę by trochę ochronić mokrą głowę. Bardzo blisko obozu są kolejne ruiny-Intipata czyli tzw. terasy słońca , tutaj też dostajemy pamiątkową koszulkę z Alpaki , która bardzo mi przypadła do gustu.

Intipata

Dzisiejszego wieczoru też mamy pożegnanie z całą ekipą Alpaki( oprócz przewodników). Kucharz na pożegnalną kolację przygotowuję smaczny tort .Tak się składa ,że jedna z osób- Jessica obchodzi dziś swoje urodziny , więc tort zarazem jest urodzinowy. Wygłaszamy również  mowę pożegnalną ( zostałam do niej wyznaczona , jako jedyna osoba z grupy turystów mówiąca po hiszpańsku) oraz wręczamy napiwki -dla tragarzy, kucharza oraz przewodników. Nie ma wyznaczonej sztywnej sumy , jest to wg uznania , w nagrodę za trud ich pracy , który uczynił naszą wspólna podróż jeszcze bardziej wspaniałą.

pożegnalny tort

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano | Dodaj komentarz

Camino Inca część II

DZIEŃ PIERWSZY

Dzień pierwszy trekkingu jest uważany za rozgrzewkę , mamy do pokonania 14 km, nie jest jakoś szczególnie ciężki , jednakże druga połowa dnia obfituje w wejścia pod górę. Jak pisałam jest to drugi pod względem długości  dzień na szlaku .  Szlak rozpoczyna się na km 82  w miejsowości  Piscacucho (2,800 m.), przejściem mostu na rzece Urubamba .

most na rzece Urubamba -początek trekkingu

Początkowo idziemy tylko z nieznacznym  podejściem w górę , mijając ruiny inkaskie czy cmentarz lokalnej społeczności . Jest naprawdę ciepło , więc szybko muszę zdjąć z siebie część ubrań. Przez jakiś czas podążamy wzdłuż rzeki , by potem stopniowo odbijać ku górze. Na dzisiejszej trasie jest możliwość korzystania z publicznych toalet płatnych oraz można uzupełnić zapasy snaków czy innych napojów niż woda, nabywając je u miejscowej ludności .

na szlaku -dzień pierwszy

Po podejściu pod górę dochodzimy do ruin Llactapata położonych na wysokości 2750m , które były ważnym punktem na trasie Camino Inca . Tutejsze tarasy uprawne , obfitowały w kukurydzę i inne i stanowiły zaopatrzenie dla mieszkańców Machu Picchu.

ruiny Llactapata

Pierwszy lunch mamy koło 14h , po koło 5h trasy , jestem zaskoczona ilością i różnorodnością jedzenia . Na początek dostajemy do wypicia tzw. chicha morada czyli napój z fioletowej kukurydzy , jest dość słodki .

fragment pierwszego lunchu

Dodatkowym plusem jest fakt , iż można zgłosić agencji wszelkie preferencje czy alergie pokarmowe , w grupie było kilka osób  , które nie jadły czerwonego mięsa i preferowały ogólnie wegetariański styl odżywiania , co było dla mnie dodatkowym plusem , gdyż dania wege zwykle stanowiły połowę oferowanych dań , a zwykle było ich 6-7 rodzajów oraz zupa , którą zaczynał się posiłek. Najczęściej była to zupa z quinoa, która bardzo mi przypadła do gustu.

Po lunchu droga już wije się coraz bardziej pod górę , docieramy tu także do kolejnego punktu kontrolnego . Tutaj mamy grafikę całej trasy .

 

Camino Inca

Pierwszy nocleg mamy w Ayapata na wysokości 3300m , większość innych grup nocuje niżej pierwszego dnia , dzięki temu jesteśmy sami na polu campingowym. Do campingu docieram po 17h , za niedługo będzie zupełnie ciemno i przydadzą się czołówki. Jesteśmy rozbici na polanie z widokiem na wysokie szczyty , jest naprawdę pięknie i zapominam nawet o chłodzie , który czuć coraz mocniej wraz z nastaniem nocy. Mam piękny widok również na rozgwieżdżone niebo , jednak niestety nie udało mi się zobaczyć krzyża południa , który wg przewodnika jest zasłonięty górami , które nas otaczają. Gdy turyści dochodzą do obozu , wszystkie namioty są już przygotowane, w środku śpiwory i maty , więc od razu można się rozgościć .Za dodatkową opłatą( 35 USD za cały trekking) mam przywilej spania samej w namiocie , miejsca mam ,aż nadto na rozłożenie swoich rzeczy. Namioty ogólnie są 4 osobowe , jednak podczas trekkingu są przewidziane po 2 osoby na namiot, tak by było wygodnie. Pierwszy raz od ponad 20 lat spałam pod namiotem, jednak nie czułam się zmęczona niedogodnościami , nie było mi zbyt twardo , jedynie trochę chłodno. Przed kolacją zawsze porterzy przygotowywali toaletę dla uczestników trekkingu , mała balia z ciepłą wodą , mydełko i mały ręcznik . Na pierwszy rzut oka niewiele , jednak uwierzcie po całym dniu chodzenia , człowiek się od razu lepiej czuje nawet po takim prowizorycznym odświeżeniu. W temacie toalety ten trekking to dla mnie  również ogromne wyzwanie , za ostatnich 20 lat , czas , gdy najdłużej się nie kąpałam to 2 dni ( wycieczka na pustynię w Maroku) , tutaj będę kilka dni bez gruntownego mycia , bez mycia głowy . Na kampingu mamy jedynie przenośne WC , jednak to i tak duże ułatwienie w tych warunkach. Jest nawet jeden z porterów wyznaczonych jedynie do utrzymywania czystości w toalecie oraz do jej transportu tzw WC człowiek.

na pierwszym kampingu- Ayapata 3300m

Kolację zaczynamy od herbatki z koki lub innej do wyboru , następnie koło 19h są serwowane różne dania i zaczynają się rozmowy jak i ustalenia z przewodnikiem planu na kolejny dzień. Najwięcej emocji budziła godzina pobudki , przewodnik był zawsze za wczesnym rozpoczęciem marszu , co wiązało się ze wstawaniem jeszcze po ciemku , jednak po przedstawieniu argumentów za , grupa również uznawała to za najlepsze rozwiązanie.

wspólna kolacja

 

 

 

 

 

 

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Camino Inca – część I

Camino Inca zwana inaczej Inca Trail , było najważniejszą częścią mojej podróży. Wymagało to dużo wcześniejszej organizacji , w rezultacie trekking zarezerwowałam z 8 miesięcznym wyprzedzeniem.  W najbardziej popularnych miesiącach czyli , wówczas , gdy najmniej pada od maja do października  , trekking cieszy się ogromną popularnością i zezwolenia są wyprzedawane z dużym wyprzedzeniem. Na początek musiałam ustalić sobie datę która mniej więcej mi pasuje i dopasować do tego przelot , oraz wybrać agencję z którą wyruszę na szlak. Firm organizujących Camino Inca jest naprawdę sporo , ciężko więc się zdecydować , dużo czytałam w internecie  na temat kilku wybranych wstępnie firm , porównywałam programy , koszty . Ostatecznie wybór padł na Alpaca Expeditions , brałam pod uwagę również Llama Path czy Camping Tours . Pierwsze dwie organizują trekkingi w wersji angielskiej .  Wybór daty trekkingu padł na końcówkę sierpnia , gdyż nie powinno być aż tak zimno jak może być np. w czerwcu , a opady winny być znikome.

Wyczerpujące informacje o Camino Inca można znaleźć na stronie każdej z agencji .https://www.alpacaexpeditions.com/

Mimo , iż trekking odbyłam z Alpaca Expeditions i jestem w pełni zadowolonym klientem , pragnę również  polecić nowo powstałą firmę , prowadzoną właśnie przez mojego przewodnika  ( wówczas jeszcze z Alpaca ) Juana Carlosa Coronela  – https://trexperienceperu.com/  Jest to osoba bardzo zaangażowana w to co robi , cechująca się dużą znajomością kultury inkaskiej, potrafi sprawić ,że każdy będzie się czuł komfortowo podczas trekkingu.

Camino Inca jest jedną z możliwości dotarcia do ruin Machu Picchu , oprócz najprostszego sposobu dojazdu pociągiem z Cusco Poroy do Aguas Calientes , istnieje kilka trekkingów alternatywnych jak np. Lares Trek czy Salkantay  Trek . Każdy może wybrać coś dla siebie, oczywiście najbardziej obleganym jest klasyczny trekking Inca Trail  , który trwa 4 dni i 3 noce.  Obejmuje dystans 45 km z dwoma przełęczami 4200m i 4000m .  Istnieje również jego skrócona wersja 2 dni i 1 noc dla osób mniej aktywnych fizycznie lub ,tych  którzy po prostu mają mniej czasu. Klasyczny trekking kosztuje od 600 USD  wzwyż , są  zapewnione 3 posiłki dziennie , woda pitna  , często osobę do niesienia bagażu do 7kg , noclegi w namiotach oraz opiekę przewodnika.

Tak więc w grudniu 2017 zarezerwowałam swój trekking i wpłaciłam zaliczkę 200usd przez pay pal , która przepada w razie rezygnacji . Starałam się przygotować fizycznie do trekkingu , co udało mi się tylko w jakiejś części , gdyż ostatnie 2-3 miesiące przed podróżą trapiły mnie różne problemy zdrowotne , a ja byłam pełna obaw czy dam radę? Dobrze ze za namową bliskich postanowiłam spróbować mimo wątpliwości i była to bardzo dobra decyzja. Polecam jednak trenowanie w wchodzeniu pod górę i schodzeniu z góry , nawet wchodzenie po schodach w bloku wielopiętrowym  mogą służyć za trening.

By dotrzeć do Machu Picchu najpierw musimy dotrzeć do Cusco , które jest położone na wysokości 3400m . Wiele osób wybiera drogę lotniczą z Limy – najszybszą , jednak  wówczas często osoby te skarżą się na złe samopoczucie , przy tak nagłej zmianie wysokości  . Możemy wybrać się również autobusem z Limy , wtedy wysokość pokonujemy stopniowo , jednak podróż trwa prawie dobę.  W moim przypadku do Cusco dotarłam po 7h jazdy autobusem z Puno . Dwa dni przed datą rozpoczęcia trekkingu należało się stawić w agencji by wpłacić pozostałą część kwoty . Miałam trochę problemów ze zorganizowaniem od ręki większej gotówki , gdyż w bankomatach obowiązują limity – 200 USD czy 700  soli . Można także wybrać gotówkę bez prowizji w banku BFC , jednak tylko jeśli posiadacie wypukła kartę Visa. Siedziba banku jest przy jednej z ulic otaczających Plaza de Armas. Oprócz kwestii  formalnych , jest wysoce zalecane  przybycie do Cusco kilka dni wcześniej celem aklimatyzacji , trasa trekkingu w dużej większości przebiega na wysokości ponad 3000m , co wiąże się ze znacznie zmniejszoną zawartością tlenu , która może powodować bóle głowy , problemy z oddychaniem , kłopoty trawienne. W Cusco polecam picie naparów z liści koki , dla mnie było to wystarczające .

Kolejnym ważnym punktem jest spakowanie się na trekking , należy wziąć tylko najbardziej potrzebne rzeczy , gdyż to co nie zmieści się w torbie jaką otrzymujemy na swoje rzeczy , trzeba będzie nieść na własnych plecach . Ja akurat zdecydowałam się na dodatkowe 7kg , płatne 75 USD za cały trekking. Z uwagi na  niską wagę , obawiałam się dźwigania przez 4 dni i do tego na dużych wysokościach .

Co zabrać ;

-śpiwór +materac+kijki trekkingowe ( można wypożyczyć w agencji ). Kijki muszą mieć gumowe zakończenia-innych nie zezwalają.

-odzież termiczną +czapka+szalik +rękawice – noce są naprawdę chłodne.

-kurtka puchowa do spania na noc

-odzież typu goretex – spodnie i kurtka

-softshell

-polar ,kilka T-shirt , skarpety , bielizna

-wygodne buty trekkingowe , ja używałam marki Salomon z gortexem – spełniły moje oczekiwania

-sandały do chodzenia na kampingu

-latarka czołowa

-papier toaletowy +chusteczki  odświeżające ( użyłam chusteczek dla niemowląt jak to zalecali inni blogerzy)

-podstawowe kosmetyki

-apteczka w niej min leki przeciwbólowe , Diamox ( na chorobę wysokogórską- miałam , jednak nie musiałam korzystać) , leki na niestrawność , biegunkę , pastylki na gardło

-ręcznik szybkoschnący, Alpaca dostarcza jedynie mini ręczników do codziennej toalety

-zapasowe baterie do aparatu , latarki etc

-power bank- brak możliwości doładowania sprzętu elektronicznego w inny sposób.

-płaszcz przeciwdeszczowy- Alpaca dała również takie płaszcze , jednak moim zdaniem w razie silnego deszczu nie byłyby wystarczające , polecam więc zaopatrzyć się we własny.

-snaki typu orzechy , suszone owoce , batony energetyczne.

-krem przeciwsłoneczny +spray na komary( ten szczególnie przydatny w ostatnie dwa dni)

-pojemnik typu camel na wodę , jest wypełniany po każdym posiłku przegotowaną i ostudzoną wodą – min 2-3litry pojemności , ja nie dopijałam z reguły nawet 2 litrów- jednak ja ogólnie mało piję.

Nie możecie zapomnieć o ubezpieczeniu , tutaj należy również wziąć pod uwagę  by obejmowało ono akcję ratowniczą w tym użycie helikoptera – najlepiej na min 20tys eur . Ja skorzystałam z ubezpieczenia , które oferuje PZU wraz z Polskim Związkiem Alpinizmu -http://pza.org.pl/category/ubezpieczenia

Gł.  zalety tego ubezpieczenia  to ;

– działa w standardowej wersji aż do 6000m  , a w wersji rozszerzonej do 7600m .

-jest ważne przez rok

-działa prawie na całym świecie (poza Arktyką, Antarktydą i Grenlandią)

-obejmuje sporty ekstremalne

Tyle a propos przygotowań , a teraz przejdę do relacji z samego wydarzenia ;

Nadszedł w końcu wielki dzień 30.08.2018 , o 4h 20min do mojego hotelu przyjechała po mnie ekipa Alpaki , wraz już z innymi podróżnymi , tragarzami . Nasza grupa trekkingowa liczy 14 osób+2 przewodników +21 tragarzy +kucharz +pomocnik kucharza.

Większość osób jest z USA, w tym także grupa kolegów z Pakistanu tam mieszkających ,  jedna koleżanka z GB oraz włoska 4-osobowa rodzina . Grupa jest prowadzona po angielsku , więc czuję pewien dyskomfort  językowy z uwagi na brak praktyki ,choć wiedziałam o tym wcześniej . Grupa jest jednak bardzo miła i wieczorne posiłki przeciągają się w różne pogawędki. Wiekowo jest to przeważająco przedział 40+. Wszyscy bardzo sympatyczni .

Autobus zawozi nas do punktu początkowego  czyli na tzw. km 82 kolei , która jedzie do Aguas Calientes.  Po drodze tak potwornie trzęsie na końcowym odcinku , jako , iż droga była fatalna ,  po nieprzespanej nocy , żołądek odmawia posłuszeństwa , a ja zaczynam wątpić w siebie . Przede mną jeden z trudniejszych dni na szlaku , najtrudniejsze są pierwsze dwa dni , wówczas robimy też ponad połowę szlaku bo aż 30km z 45km . Bynajmniej tak ma rozplanowaną trasę Alpaca , są bowiem firmy , gdzie najtrudniejsze dni mają zaplanowane na dzień 2 i 3.  To powoduje ,że nie ma takiego ścisku na szlaku , mimo ,iż dziennie wchodzi na niego 500 osób ( łącznie z obsługą czyli tragarzami , przewodnikami ).

Jeszcze przed wejściem na szlak , ekipa Alpaca , szykują nam pożywne śniadanie , byłam pod wrażeniem jak szybko zorganizowali stoliki , ławki , posiłek , a potem wszystko pozbierali.  Trasa zaczyna się od sprawdzenia pozwoleń , które posiada nasz przewodnik oraz indywidualnie paszportu każdego z uczestników. Po przekroczeniu tego punktu , nie ma już drogi odwrotu musicie dojść do końca , choć w warunkach agencji ,była informacja , iż w skrajnych przypadkach pracownik Alpaca odprowadzi  turystę do najbliższego środka transportu /szpitala jeśli będzie to naprawdę konieczne.

nasza ekipa przed rozpoczęciem trekkingu przy wejściu na szlak

c.d.n

 

 

 

 

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Titicaca- najwyżej położone jezioro żeglowne świata

Titicaca było dla mnie jednym z ważniejszych miejsc do odwiedzenia w Peru .  To najwyżej położone żeglowne jezioro świata , leży na wysokości 3810m , część należy do Peru , druga do Boliwii. Na jeziorze są liczne wyspy( koło 87  )na których żyją rdzenni mieszkańcy w liczbie 3000 osób . Po stronie peruwiańskiej najpopularniejsze to Uros , Taquile i Amantani . Do Puno , które leży na brzegach jeziora  Titicaca , można dostać się zarówno z Arequipy  jak i Cusco autobusem np. Cruz del Sur , czy z Chivay ( kanion Colca) linią 4 M Express. Ja skorzystałam z tej ostatniej opcji- cena 50 USD . Poniżej znajdziecie więcej informacji o połączeniach .

http://www.4m-express.com/ruta_ca.htm

Z Chivay autobus odjeżdża spod hotelu La Pascana , w centrum miasteczka o godzinie 13h  w kierunku Puno .Plusem było dla mnie to , iż dodatkowo były 2 postoje w miejscach turystycznych ( krótkie po 10 minut)  ;

1 Patapampa -punkt widokowy na okoliczne wulkany- wysokość 4950m

Patapampa

2 Punkt widokowy Lagunillas – widok na zbiorniki wodne , można również dostrzec kormorany-wysokość 4445m .

Lagunillas

Podróż z Chivay do Puno trwała łącznie 6,5h , dotarłam już po zmroku . Jako , iż terminal autobusowy jest zlokalizowany poza centrum , umówiłam się na transport do hotelu z tą samą agencją , z którą następnego dnia miałam zarezerwowany rejs po Titicaca.

W Puno pierwszy raz mam hotel z ogrzewaniem , pierwszy raz nie marznę w nocy , choć tu pierwszy raz czuję trudy wysokości , czuję ucisk w klatce piersiowej i trochę trudniej się oddycha. Korzystam z roślinnych tabletek Alti Vital Natural oraz oczywiście spożywam herbatkę z liści koki  . W dzień rejsu na szczęście się już dobrze czuję.

Wycieczki na wyspy rozpoczynają się wcześnie , łódki wypływają o 8 rano . Skorzystałam z agencji Puno Tours – wycieczka jednodniowa na wyspy Uros i Taquile , wraz z lunchem , szybką łódką to koszt 35 USD. Można zarezerwować na ich stronie ;

https://punotours.com.pe/

Wycieczka zaczyna się z samego rana , początek dnia jest bardzo zimny , o 7 rano było -1 stopień , za to słonecznie , w ciągu dnia natomiast będzie dość ciepło , więc należy się ubrać ” na cebulkę” . W porcie jest masa łodzi motorowych , wypływamy o 8h i w ciągu 40 minut jesteśmy na wyspach Uros. Są one w całości zbudowane z trawy zwanej” totora” , która rośnie na jeziorze Titicaca . Przy zejściu na ląd mamy typowo turystyczne powitanie , następnie szef wspólnoty tu mieszkającej robi nam demonstracje jak buduje się wyspę od podstaw. Po założeniu fundamentu z korzeni traw -co tydzień przez 3 miesiące , układają trawy naprzemiennie warstwami . Potem robią to już tylko raz w miesiącu. Obecna wyspa , na której jestem ma 4 lata i jest przycumowana bambusowymi patykami by nie odpłynęła.

domki na wyspie Uros

Podczas wizyty kobiety ubrane w tradycyjne stroje , wykonują dla turystów śpiewy w kilku językach min w kechua ,  po hiszpańsku czy francusku .Dla mnie wyglądało to naprawdę sztucznie i typowo zaaranżowane pod turystów. Domki , w których mieszkają są bardzo skromne, od wewnątrz mają przyczepioną folię na dachu by nie przeciekały , prąd produkują przy użyciu baterii słonecznych. Mieszkańcy sprzedają także swoje rękodzieło , ceny jednak są dość zawyżone i nie widzę by ktoś dokonywał zakupu.

rękodzieło oferowane na wyspach Uros

Obok wyspy stoją przycumowane tradycyjne łodzie ,grupa ma okazję do krótkiej przejażdżki koło wyspy w cenie 10 soli .

tradycyjne łodzie na Uros

Następnie jedziemy na sąsiednią większą wyspę, także należącą do  Uros -tu jest nawet szkoła podstawowa , do średniej już uczęszczają na lądzie w Puno i większość z nich nie wraca już do tradycyjnego stylu życia na wyspach .Na tej większej wyspie jest bar na wolnym powietrzu dla turystów , jak i punkt , gdzie można sobie przybić stempel w paszporcie, co oczywiście robię.

wyspy Uros z oddali

Z Uros płyniemy na kolejną wyspę, która jest koło 1,5h drogi dalej, nazywa się Taquile. Docieramy tutaj koło 11.30 h. Zaraz po zejściu na ląd widać charakterystyczną bramę .

wyspa Taquile

Mamy ostre podejście pod górę na wysokości 3800m , trzeba więc iść po mału , by się zbyt nie zmęczyć. Tutaj w cenie wycieczki mamy lunch przygotowany przez kilka miejscowych rodzin , społeczność wymienia się  wzajemnie , przy obsłudze turystów , tak by każda rodzina miała możliwość pozyskania środków finansowych.

Taquile

Podają na początek lokalny chleb z pyszną pikantą przystawką , następnie  tradycyjną zupę z quinoa ,a na drugie danie do wyboru pstrąg z ziemniakami  i warzywami ,albo w wersji wege omlet z warzywami. Wcześniej miałam wątpliwości czy zdecydować się na posiłek na wyspie , znając skromne standardy , w tym również higieniczne i związane z tym obawy o mój żołądek. Na szczęście zostałam pozytywnie zaskoczona , jedzenie było pyszne i nic mi nie zaszkodziło . Tutaj także dowiedziałam się , że na wyspie rośnie roślina chroniąca także przed chorobą wysokościową zwana – munia , z której również parzy się herbatę , a nieraz miesza z innymi ziołami , jak liście koki.

munia – roślina na chorobę wysokogórską

Wracając do lunchu na Taquile , po posiłku był pokaz tańców w wykonaniu starszego rodu-87 lat z miejscowymi kobietami , a także włączono kilku turystów. Dowiedziałam się ,że ludzie tutaj dożywają 90-100 lat w dobrej kondycji i nie chorują 20 lat przed śmiercią jak u nas. Cóż czysta, prosta żywność  , brak stresu , tego czego my nie mamy na co dzień.  Po ugoszczeniu przez lokalne rodziny udajemy się jeszcze na główny plac wyspy , gdzie również  można nabyć wyroby z alpaki , jak czapki , szaliki  i inne.

wyspa Taquile -główny plac

Z placu jest bardzo ładny widok na jezioro , niedaleko stąd jest już Boliwia z wyspą Słońca i Księżyca. W pobliżu znajduje się również wyspa Amantani i to tam głównie nocują turyści u lokalnych rodzin , bez elektryczności i w bardzo skromnych warunkach.

Cała wycieczka kończy się koło 15.30 , popołudnie przeznaczam na spacer ulica handlową i zakup pamiątek , obejrzenie Plaza de Armas , w sumie w mieście nie ma zbyt nic ciekawego.

 

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Kanion Colca

Kanion Colca jest uważany za najgłębszy kanion na Ziemi , choć wciąż  trwają spory , czy nie jest nim położony w rejonie Arequipy wąwóz  Cotahuasi, ja odwiedziłam jedynie ten pierwszy i na nim się skupię.  Wysokość ścian kanionu to z jednej strony 3300m  i 4200m z drugiej strony , długość kanionu wynosi 120km.  Osobami  , które jako pierwsze pokonały rzekę w kanionie Colca  byli  właśnie Polacy w 1981 roku , przy zejściu do oazy Sangalle , od strony Cobanaconde , jest tablica upamiętniająca to zdarzenie.

  1. Jak dotrzeć :

Moża tu tutaj dojechać autobusem zarówno z Arequipy , jak  i z Puno. Największy wybór połączeń mamy z Arequipa. Jest tutaj sporo lokalnych firm przewozowych , jak i prywatnych busów , które przewożą wycieczki zorganizowane na Cruz del Condor.  Najpierw musimy sobie określić co nas interesuje , czy zorganizowany wyjazd czy na własną rękę. Zorganizowane wyjazdy są 1 lub 2- dniowe , ich ceny są przystępne , jednak mają jedną zasadniczą wadę. Turysta spędza min 8-9h w busie , by na samym Cruz del Condor być maksymalnie godzinę , a czasem i mniej. Dużo więc zależy od czasu jakim dysponujemy i czy chcemy jedynie zaliczyć czy co zobaczyć  coś więcej. Dla mnie osobiście tułać się busem na jeden dzień by chwilę  pobyć na Cruz del Condor , pełnym przepychających się ludzi , a są tam niemal tłumy ,nie było sensu. Z uwagi na to  zachęcam do spędzenia 2-3 nocy w kanione Colca , by móc spokojnie podziwiać różne punkty kanionu , czy wybrać się na oglądanie kondorów po południu , gdy te wracają z powrotem do swoich gniazd. Przy wjeździe do doliny Colca , zwykle w  Chivay jest pobierana opłata za wstęp do kanionu-70 soli , Latynosi mają zniżkę.

Jeśli chodzi o busy lokalne to najbardziej znane 3 firmy  to ; Andalucia , Reyna Milagros .

Rozkład jazdy  z  AREQUIPA – CHIVAY – CABANACONDE

BUS Odjazd Przyjad do Chivay Przyjazd do Cabanaconde Stacja Cena
ANDALUCIA 09:30 am 13:00 pm 15:00 pm TERMINAL TERRESTRE S/17.00 – $7.00 approx.
REYNA 11.00 am 14.30 pm 16.00 pm TERMINAL TERRESTRE S/17.00 – $7.00 approx.
MILAGROS 14.00 am 17.00 am 19.00 pm TERMINAL TERRESTRE S/17.00 – $7.00 approx.
REYNA 1.00 am 4.00 am 6.00 TERMINAL TERRESTRE S/17.00 – $7.00 approx.
MILAGROS 3.00 am 6.00 am 9.30 pm TERMINAL TERRESTRE S/17.00 – $7.00 approx.

Powrót do z Cabanaconde  do   Arequipa przez Chivay .

BUS Odjazd Przyjazd do Chivay Przyjazd do Arequipa Stacja Cena
REYNA 6.30 am 8.30 am 12.30 pm PLAZA DE ARMAS S/17.00 – $7.00aprox.
ANDALUCIA 9.00 am 11.00 am 15.30 pm PLAZA DE ARMAS S/17.00 – $7.00aprox.
MILAGROS 11.00 am 13.30 am 17.30 pm PLAZA DE ARMAS S/17.00 – $7.00aprox.
REYNA 14.00 pm 16.00 pm 19.30 pm PLAZA DE ARMAS S/17.00 – $7.00aprox.
MILAGROS 22.00 pm 24.00 pm 5.00 am PLAZA DE ARMAS S/17.00 – $7.00aprox

Tak ma się sprawa z autobusami  publicznymi , nie korzystałam , jednak na pierwszy rzut oka te które widziałam , wyglądały przyzwoicie , problemem może stanowić to ,że mogą być zatłoczone .

Skorzystałam z opcji busa turystycznego ( koszt 18,5 USD ze śniadaniem w Chivay)  , który zakupiłam poprzez mój hostel w Cabanaconde –  Pachamama – na ich stronie można znaleźć wiele pożytecznych informacji o trekkingach w okolicy , połączeniach autobusowych , można również za ich pośrednictwiem zakupić bilet .Polecam

http://pachamamahome.com/

W kanionie Colca jest kilka miejscowości , gdzie można się zatrzymać , największa z nich to Chivay , ale także są i mniejsze  jak  Yanque  czy Cabanaconde ( zarazem ostatni przystanek autobusów z Arequipy). Zorganizowane wycieczki na Cruz del Condor z noclegiem zwykle zatrzymują się w Chivay lub Yanque , jednak moim zdaniem najciekawszym punktem wypadowym do oglądania kanionu jest Cabanaconde , tutaj także rozpoczynają się szlaki po samym kanionie.

Mimo , iż skorzystałam z busa turystycznego wraz z postojem na Cruz del Condor , który trwał jedyne 20 minut , czułam niedosyt oraz rozczarowanie ,koło 8.30 była tam cała masa ludzi i busów wszelkiej maści. Cruz del Condor jest oddalony jedynie o 16km od Cabanaconde i jest położony na wysokości 3650 m .Z uwagi właśnie na tak duże zatłoczenie , zarezerwowałam z hostelem również wycieczkę na Cruz del Condor , ale w godzinach popołudniowych koło 14.30 następnego dnia. Wówczas panował już spokój , także zobaczyłam kondory , choć w mniejszej ilości , oraz miałam możliwość przespacerowania się wzdłuż kanionu koło 2km , pomiędzy punktami widokowymi .

kondory szybujące nad kanionem na Cruz del Condor

Cabanaconde z kolei to spokojne i malutkie miasteczko , jest tu ledwie kilka hosteli i restauracji przy Plaza de Armas . Wielkim plusem miasteczka jest kilka punktów widokowych , na które można dojść pieszo .

  • Mirador de  San Miguel -3400m , jadąc autobusem  z prawej strony tuż przed wjazdem do Cabanaconde widać  tabliczkę informującą o tym punkcie widokowym.  Wyruszając z miasteczka , trzeba iść asfaltem w kierunku Cruz del Condor , mijając cmentarz oraz tuż przed Muzeum Juanity( było zamknięte podczas mojej obecności ) skręcić w lewo i iść prosto , w bliskim sąsiedzctwie są dwa punkty widokowe , jednak brak dokładnych oznaczeń niestety , widoki za to piękne.

  • Mirador de Achachiwa -3320m – z miasteczka w pobliżu  Plaza de Armas  trzeba znaleźć i  podążać ulicą Bolivar  aż do areny walki byków pomalowanej na czerwono , tutaj są dwie opcje , jest tabliczka z nazwą Mirador de Achachiwa i idzie się prosto jakieś 10 min i mamy punkt widokowy. Właściwym   punktem widokowym jest jednak trochę dalszy punkt, mianowicie ,  należy skręcić w lewo przy  czerwonej arenie , a następnie w prawo , przejść ,aż do starego opuszczonego boiska sportowego , a potem jeszcze kawałek prosto i dojedziemy do bambusowego  daszku , z którego rozpościera się piękny widok na kanion.

Mirador de Achachiwa

  • Mirador de Cejana- 3300m – tutaj zaczyna się także szlak do oazy Sangalle . Z Plaza de Armas  należy podążać ulicą Polonia , cały czas prosto , gdy skończą się zabudowania należy skręcić w prawo , zgodnie z napisanym na murze znakiem Sangalle , iść  wydeptaną ścieżką pośród pól , aż dojdziemy do krzyża , gdzie znajduje się punkt widokowy , jak i zwykle kontrola biletów( boleto turistico) , które należy nosić przy sobie.

Mirador de Cejana

Stąd jak pisałam jest opcja zejścia na sam dół kanionu do oazy Sangalle , która znajduje się na wysokości 2100m. Cała trasa ma 8,8km , jednak różnica poziomów w jedną stronę to 1200m. Zejście jest dość strome , jednak potem jeszcze trzeba wejść tyle samo pod górę , niektórzy korzystają z opcji mułów ( dostępna tylko pod górę) . Z Sangalle jest opcja dojścia do kolejnych wiosek rozrzuconych na zboczach kanionu jak Tapay  czy San Juan de Chuccho.

widok na oazę Sangalle

Z Cabanaconde można się również wybrać  do pre-inkaskich ruin Kallimarka  położonych na wysokości 3700m. Cała trasa wynosi 6km i zajmuje mniej więcej 4h, należy wyjść z miasteczka w kierunku Huambo , a następnie podążać za oznaczeniami.

Cabanaconde , mimo , iż wygląda na ubogie miasteczko , szczyci się pięknymi widokami ,które go otacza ,nie ma tu tłoku turystów , jestem zadowolona ze swojego wyboru.

Cabanaconde

 

 

Pachamama hostel restauracja

W drodze powrotnej z Cabanaconde   do Chivay , możemy podziwiać preinkaskie tarasy uprawne , gdzie wciąż sadzi  się fasolę , ziemniaki i inne, a z ośnieżonej góry , która góruje na zdjęciu , wypływa rzeka Amazonka.

widok na tarasy preinkaskie w dolinie Colca

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Peru -informacje praktyczne i plan podróży

       Moja podróż do Peru , rodziła się prawie 2 lata , już wtedy byłam o krok od kupienia biletów lotniczych , jednak prasowe informacje o napadach na autobusy głównie te międzymiastowe , na ówczesny moment odwiodły mnie od wyjazdu. Jak to mówią do wszystkiego trzeba dojrzeć i w tym roku w końcu dojrzałam do samotnej wyprawy do kraju Inków. Celem przewodnim było zrealizowanie kolejnego marzenia trekkingowego czyli Camino Inca – 45km pieszo przez Andy do Machu Picchu . Peru , jednak ma tak wiele do zaoferowania , że oczywiście chciałam połączyć wędrówkę do inkaskich ruin z innymi pięknymi miejscami.

Peru -kiedy jechać ? zależy co zamierzacie robić i jakie miejsca odwiedzić. Pora deszczowa wyraźnie jest zaznaczona od listopada do marca , w lutym jest zamknięte Camino Inca.  Najmniej deszczowe ale tez najchłodniejsze  miesiące , to czas naszego lata ; czerwiec-sierpień, Lima wówczas jest zwykle spowita mgłą , jest deszczowo i chłodno , choć właśnie jest to najlepszy czas na trekkingi górskie.

Waluta -można posługiwać się zarówno dolarami amerykańskimi ,jak i euro. Walutą narodową jest nowy sol peruwiański.  Kurs wymiany USD zwykle oscylował w okolicy 3,25 soli za 1 usd, za euro natomiast płacono 3,8 sola.  Poza małymi wioskami , jest dużo bankomatów , jak i jest możliwość płacenia kartą ( nieraz za dodatkową opłatą np. 5% transakcji ). Polecam korzystanie z bankomatów BFC , nie pobierają prowizji , w pozostałych jest prowizja na poziomie 18 soli .  Karta Visa daje więcej możliwości niż Mastercard ( nie wszędzie ją akceptują). W Bankach BFC jest także możliwość pobrania gotówki w większej kwocie bez prowizji – jednak tylko na bazie wypukłej karty VISA.

Uwaga   np. w Cusco we wszystkich bankomatach był podobny limit wybrania gotówki; 200 Usd lub 700 soli , sama doświadczyłam problemów z zorganizowaniem większej kwoty w jeden dzień właśnie z tego powodu- ostatecznie musiałam wybrać gotówkę kilkoma różnymi kartami.

Czas- latem od naszego czasu należy odjąć 7h do tyłu.

Połączenia lotnicze i transport krajowy ;  jedną z najtańszych opcji  dotarcia do Peru ,daje przelot Iberią z Madrytu ,poza tym Air France czy Latam  oraz inne . Wewnątrz Peru mamy kilku  lotniczych operatorów krajowych ; Latam , Star Peru , Lc Peru, Avianca – polecam pierwszą z tych firm , mają dużo połączeń i są terminowi .

Jeśli chodzi o transport autobusowy   jest bardzo wiele firm przewozowych , choć nie polecam tu  oszczędności , gdyż w grę wchodzi temat bezpieczeństwa ( jest dużo wypadków drogowych czy napadów na autobusy) . Sama korzystałam z firmy Cruz del Sur-bilety można kupić online tutaj ; http://www.cruzdelsur.com.pe/

Ciekawą opcją choć nie korzystałam wydaje się być sieć połączeń autobusowych  Peru Hop, która oferuje przystanki w najciekawszych miejscach turystycznych .

Wizy-nie są wymagane  dla Polaków przy pobycie turystycznym do 180 dni.

Wracając teraz do mojej podróży ,cały pobyt trwał pełne 3 tygodnie . Podróż została ułożona tak , by nie podróżować nocą autobusami a dłuższe odcinki pokonywać samolotem . Wyglądała on mniej więcej tak;

1)Lima-Arequipa- samolot -linie LATAM

Niestety w Arequipie zamiast 1,5 dnia , spędziłam ledwie kilka godzin +nocleg. Wynikło to ze sporego opóźnienia w dotarciu do Limy z Madrytu , jak i problemu z odbiorem bagażu.

Dla znających hiszpański przybliżony opis zdarzenia przez peruwiańską prasę tutaj :

https://peru21.pe/peru/pasajeros-pasaron-noche-aeropuerto-pisco-422235

Po krótce wyglądało to tak – tuż przed moim  lądowaniem w Limie , lotnisko zostało zamknięte , gdyż samolot linii LC Peru miał awaryjne lądowanie .Samolot Iberii został przekierowany do Pisco- malutkie lotnisko krajowe , niedawno otwarte , nieprzygotowane do tak dużych samolotów , bez infrastruktury w postaci kontroli paszportowej , celnej , kawiarni , w skrócie , poza tym ,że lotnisko jest nowe , nie ma na nim praktycznie nic.

Wylądowaliśmy w Pisco o 18.30 ,przez kolejnych 6h pasażerowie z Madrytu , po 12 -godzinnym locie byli trzymani w samolocie na płycie lotniska , w oczekiwaniu na powrót do Limy , jednak to się nie udało. Po długim oczekiwaniu na tankowanie , samolot miał problem z ponownym wznowieniem lotu ( problem z systemem zasilania), a potem dodatkowo pilotom skończył się dopuszczalny czas pracy. Po północy mogliśmy w końcu opuścić samolot , zorganizowano odprawę paszportową , jednak wciąż całą noc koczowaliśmy na lotnisku , bez wody , bez jedzenia i bez możliwości zakupu powyższego. Dopiero o 9 rano następnego dnia  przyjechały autobusy by zawieźć nas do Limy , podróż trwała kolejne 4h . Na lotnisku w Limie okazało się ,że bagaż doleci dopiero następnego dnia z Pisco . Mi osobiście przepadł kolejny lot do Arequipy , dwie noce w hotelach , które miałam zarezerwowane wcześniej.  LATAM , jednak okazał się tak dobroduszny , iż mimo ,iż zgłosiłam się do nich już po odlocie mojego samolotu , przebukowali mi lot bez kosztów na kolejny dzień. W ten sposób moja podróż została zmodyfikowana z przyczyn ode mnie niezależnych. Jak to mówią wszystko dobre co się dobrze kończy , ostatecznie reszta podróży przebiegła już niemal bez zakłóceń.

2) Arequipa -Cobanaconde( kanionColca)  -autobus  turystyczny – niestety wszystkie odjeżdżają koło 3.30-4 rano by dotrzeć  koło 8.30-9h na Cruz del Condor-czyli punkt obserwacji kondorów wzbijających się  wtedy ponad  kanion. Alternatywą  są busy lokalne – różne  godziny   odjazdów

W kanionie Colca spędziłam 2 dni , odwiedzając okoliczne punkty widokowe

3)Cabanaconde-Chivay-Puno-bus lokalny +4M EXPRESS ( nie ma tu innych opcji transportu publicznego , jeśli nie chcecie się wracać do Arequipa)

Chivay-Puno- 6h jazdy -bus turystyczny z przystankami na punktach widokowych

W Puno oczywiście główną atrakcją jest rejs po jeziorze  Titicaca z odwiedzeniem wysp ( w moim przypadku Uros i Taquile)  i ich mieszkańców.

4) Puno-Cusco- firma  Cruz del Sur – 7h30 min – wg rozkładu miało być 6h

Cusco ma piękne centrum z licznymi kościołami , Plaza de Armas .W okolicy również jest masa atrakcji jak Valle Sagrado , Góra 7 kolorów czy przede wszystkim Machu Picchu  – z opcją trekkingu .

Sama ostatecznie z różnych powodów , także organizacyjnych dot. Camino Inca ograniczyłam się do zwiedzenia Cusco . Udało mi się zrealizować Camino Inca – czyli 4 dni / 3 noce pieszo do Machu Picchu , oraz zdecydowałam się na zakup dodatkowego wejścia na Machu Picchu  na drugi dzień po zakończeniu trekkingu wraz z wejściem na przylegającą do niego górę Machu Picchu Mountain -3067m

5) Cusco-Lima- samolot -linie LATAM

Lima jest wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco – centrum historyczne na pewno jest warte zobaczenia!

6.)Lima-Paracas-Lima – firma  Cruz del Sur – w jedną stronę do 4h

7 )Paracas-Ica-Paracas- firma Cruz del Sur -1h40min w jedną stronę

W okolicy Paracas odwiedziłam wyspy Ballestas-zwane Galapagos dla ubogich  oraz Rezerwat Paracas – jest  jednym z najsuchszych miejsc na ziemi.

Wybrałam się także do miasteczka Ica oraz do oazy Huacachina

Reasumując czemu przede wszystkim  warto odwiedzić Peru;

  1. posiada najgłębszy kanion na świecie- wciąż trwają tam spory czy jest to kanion Colca czy drugi  podobny położony również w rejonie Arequipy.
  2. posiada najwyżej położone żeglowne jezioro świata -Titicaca- 3810m
  3. Machu Picchu -jest  jednym z siedmiu współcześnie wybranych cudów świata
  4. Lima -wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco
  5. do Peru należy część największej dżungli świata ( warto odwiedzić Iquitos)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano PERU 2018 | Otagowano | Dodaj komentarz

Sycylia w pigułce część III

Drugą część naszego pobytu spędziliśmy w Syrakuzach , tu przez następne dni mieściła się nasza baza wypadowa . Syrakuzy poza tym – przede wszystkim jego stara część zwana Ortigią , to naprawdę miasto godne uwagi . Trzeba pamiętać ,że wjazd  do tej części miasta  jest możliwy przez jeden z dwóch mostów ,jednak jest ściśle ograniczony godzinowo . Są tablice informacyjne , kiedy można , a kiedy nie ,  wjechać bez specjalnej karty , którą zwykle legitymują się mieszkańcy tej części Syrakuz.

Mamy tutaj niekończący się labirynt uliczek , starych kamienic , kościołów – najpiękniejszy z nich to oczywiście katedra Duomo , jak i również warty uwagi jest plac przed nią tzw Piazza del Duomo. Katedra została zbudowana na ruinach świątyni greckiej  poświęconej bogini Atenie -pozostało jeszcze kilka oryginalnych kolumn z tego okresu zarówno wewnątrz jak i  w środku- warto zobaczyć.

Duomo i Piazza del Duomo-Syrakuzy

Jest też sporo innych ciekawych i urokliwych miejsc .

Madonna delle lacrime-kościół Syrakuzy

 

Fontanna di Artemide-Syrakuzy

Warto przejść się nabrzeżną promenadą.

Syrakuzy

Czy po prostu zgubić się pośród labiryntu uliczek .

Syrakuzy-Ortigia

Dla lubiących muzea , w części zabytkowej Ortigia – można zwiedzić muzeum papirusa . Natomiast trochę dalej i już poza Ortigią , jest kompleks archeologiczny Parco Archeologico della Neapolis- wstęp 10 eur , już odpuściliśmy , bowiem w całej Sycylii jest sporo takich obiektów  .

Następnym ważnym punktem do zobaczenia w okolicy jest oczywiście wybranie się na wulkan Etna , dla mnie był to jeden z najważniejszych punktów wycieczki , gdyż od jakiegoś czasu mocno fascynują mnie wulkany.

Etna z oddali

Z Catanii należy się kierować drogą SS121 w kierunku Rifugio Sapienza ,  jako iż byliśmy zimową pora i na zboczach Etny leżało sporo śniegu wybraliśmy opcję wjechania kolejką .Właśnie spod tego schroniska wyjeżdża kolejka linowa na wysokość 2500m , sam wulkan ma 3329m. Dalej można  jeszcze wyżej dotrzeć mikrobusem na wysokość 2920m. My poprzestaliśmy na kolejce( grudzień -marzec kursuje od 9 do 15.45  ,latem do 16.15)  + niewielkie podejście pod górę na wysokość 2650m  by mieć lepszy widok na wulkan. Koszt wyjazdu kolejką tam i z powrotem to 30 eur od osoby , jeśli do tej opcji dodamy minibus koszt wzrasta do 63 eur .Można oczywiście wejść pieszo , jednak warunki klimatyczne muszą na to pozwalać. Gdy jechaliśmy w kierunku Etny , pogoda nie napawała optymizmem , gdyż duża część wulkanu była pokryta gęstymi chmurami , mimo słonecznego dnia , jednak , gdy przebiliśmy się wyżej -schronisko leży na 1923m – tutaj już było słonecznie choć chłodno-ledwo 5-6 stopni na plusie.

Etna

 

Etna

Etna za chmurami zachodzącego słońca

Kolejnym punktem wartym uwagi , jest mniej znany zapewne wąwóz Alcantara(www.golealcantara.com) ,należy kierować się z Catanii w kierunku Taorminy – odbijając w okolicy Giardini -Naxos na Golle dell ‚Alcantara . Wstęp kosztuje 10 eur. Mamy  tutaj spacer trwający koło 45 min pośród drzew cytrusowych z punktami widokowymi do wnętrza kanionu , przez który płynie rzeka.

Gole dell’Alcantara

Gole dell’Alcantara

 

Gole dell’Alcantara

Można zejść pieszo do samego początku kanionu , latem można pobrodzić w wodzie .

Gole dell’Alcantara

W okolicy są szlaki piesze , nam jednak pogoda nie dopisała , początkowo mocno padało , a potem mimo ,że się przejaśniło , było dość niepewnie , więc stamtąd udaliśmy się do kolejnego urokliwego zakątka jakim jest Taormina. Piękne miasteczko położone na wzgórzu , z widokiem na Etnę w pogodne dni.  Została założona w IV w p.n.e. Są tutaj ruiny amfiteatru greckiego , z głównej promenady miasteczka są oznaczenia jak tam trafić. Koszt 10 eur , czynny do zmierzchu.

Taormina-teatr grecki

Wartym uwagi jest duomo czyli katedra .

Duomo-Taormina

Taormina

Taormina to miasteczko letnie dla wielu mieszkańców Sycylii , najbliższą dostępną plażą jest Lido Mazzaro , na którą można dojechać z miasta kolejką linową , tą atrakcje już sobie odpuściliśmy, woleliśmy pospacerować uliczkami miasta podziwiając także bardziej odległą panoramę.

widok na  okolicę z Taorminy – w oddali widok na zachmurzoną Etnę

 

Opublikowano SYCYLIA 2017 | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Sycylia w pigułce część II

W drugiej części tej relacji , wrócę jeszcze do  okolic Trapani,  będąc w okolicy – warto się wybrać do Segesty- to starożytne miasto założone przez Elymów , możemy tu zobaczyć pozostałości ruin starożytnych . Jest to jedno z piękniejszych i lepiej zachowanych miejsc tego typu na Sycylii. Dotarcie do kompleksu wymaga pozostawienia auta na parkingu oddalonym koło 1km od wejścia- płatny 5 eur , w tej cenie autobus zabierze nas do samego kompleksu , niezależnie  od liczby pasażerów. Opłata za wstęp do kompleksu to  6 eur od osoby.

Możemy tu obejrzeć  niedokończoną świątynię pochodzącą z V w p.n.e . W całości zostało zachowane 36 doryckich kolumn.

świątynia w Segesta

 

świątynia w Segesta

Drugim obiektem do zwiedzania są ruiny teatru greckiego , można podejść do niego pieszo koło 1200m od kas w jedną stronę lub skorzystać z autobusu – płatne 1,5 eur. Teatr pochodzi z III w p.n.e i rozciąga się z niego piękny widok na zieloną okolice .

teatr grecki-Segesta

Po tej wizycie , resztę dnia wykorzystaliśmy na oglądanie Palermo. Mimo ,że większość twierdzi ,że potrzeba min 2 dni by zwiedzić miasto , nam pół dnia wystarczyło. Moje wrażenia z tego miasta to głównie nadmierny ruch uliczny i wszechobecny brud. Owszem na starym mieście jest trochę ładnych kościołów-część zamknięta czy innych zabytków , wartych zobaczenia. Oto kilka obrazków z Palermo poniżej ;

katedra w Palermo

fontanna Pretoria

La Martorana z XII w z mozaikami bizantyjskimi

Ale Palermo to również to ;

brzydka strona Palermo

W jeden dzień też wybraliśmy się z Trapani na jedną z wysp archipelagu Egadów -najbliżej położoną Favignana . Korzystamy tu z Liberty Lines – wypływa niemal co godzinę  od 6.50 do 19.30 – dokładny rozkład na http://www.libertylines.it. Koszt biletu w jedną stronę -11 eur od osoby , płynie koło 45 minut , zatrzymując się po drodze na wyspie Levanzo  , która jest niemal naprzeciw.  Dalej od 2 wymienionych wysp znajduje się wyspa Maretimo ,która jest polecana dla miłośników przyrody i pieszych wędrówek. Pogoda jest średnia , a gdy dopływamy na wyspę , zaczyna już popadywać , autobus , który normalnie odjeżdża z okolic portu , stoi zaparkowany i dziś nic nie kursuje , mimo ,że jest to dzień roboczy. W informacji , która jest blisko portu , słyszymy ,że jedyną opcją jest wynajęcia auta lub skuterka , więc rezygnujemy .

Favignana

Na wyspie do 1977 funkcjonowała fabryka tuńczyka , założona przez Vincenzo Florio , który wymyślił sposób  konserwacji tuńczyka w puszce , co stało się rewolucją w tym przemyśle. Dawną fabrykę widać zaraz po wpłynięciu do portu .Obecnie znajduje się tam muzeum, które również było zamknięte podczas naszej bytności .

dawna fabryka tuńczyka

 

 

Opublikowano SYCYLIA 2017 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Sycylia w pigułce część I

Sycylia  jest podobno  piękna przez cały rok , my wybraliśmy  się w grudniu . Trochę było obaw o złą pogodę, zwłaszcza deszcze . W sumie jeden dzień dość mocno padało , poza tym w większości było słonecznie z temperaturą w dzień 12-15 stopni , w nocy 8-10 stopni .

Przylecieliśmy tutaj linią Wizzair do Katanii i to była właściwa decyzja , bo przez moment myślałam o Ryananir do Trapani i powrót z Katanii Wizzairem. Po ostatnich zawirowaniach z Rynanair , nie chcieliśmy się narażać na ponowy stres , jaki mieliśmy jadąc w Dolomity 2 m-ce wcześniej .

Jeśli chodzi o zakwaterowanie  -mieliśmy dwa – najpierw w Trapani jako baza wypadowa , a następnie w Syrakuzach . Podzieliliśmy wyspę na 2 części , gdyż odległości są większe niż się wydaje. Jest kilka autostrad , w większości darmowych , jednak jadąc lokalnymi drogami , traci się sporo czasu.

Po odebraniu auta na lotnisku w Katanii – decydujemy by najpierw jechać północną stroną wyspy  do Trapani.  Zatrzymujemy się w nadmorskim  miasteczku Cefalu , troszkę zbaczając z drogi. Jest to urokliwe miejsce i warto pospacerować uliczkami starej części miast , jak i spojrzeć na morze .

cefalu duomo( katedra)

Wieczorem dojeżdżamy do Trapani , mamy apartament na starym mieście .  W sumie najmniej czasu chyba poświęciliśmy na zwiedzanie miasta , choć też znów nie ma tak dużo do zwiedzania. Następnego dnia wybieramy się do Erice- średniowiecznego miasteczka położonego na wzgórzu o wysokości 750m górującym nad Trapani. Można tam dostać się autem , autobusem  jak i kolejką  . My wybieramy kolejkę. Bilet wjazdu tam i z powrotem  kosztuje 9 eur.

Miasteczko jest otoczone murami , szczególnie warte uwagi jest katedra oraz zamek Castello  di Venere . Warto powłóczyć się wąskimi uliczkami i poczuć klimat dawnych dziejów .Poniżej katedra zwana Duomo , zbudowana w 1312 roku , przynależy do niej także 28- metrowa dzwonnica, z której rozpościerają się piękne widoki na okolice.

Erice – Duomo ( katedra)

dzwonnica przy katedrze w Erice

 

Zamek Castello di Venere

Zamek został zbudowany w XII/XIII na miejscu świątyni Venus , która przez wieki była miejscem kultu  dla starożytynych Greków , Fenicjan , Rzymian . Można zwiedzić patio zamku , skąd rozpościera się widok z jednej strony na saliny obok Trapani, z drugiej na wybrzeże , siegając san Vito lo Capo podczas ładnej pogody.

patio Castello di Venere

Erice- via Giudaica

Kolejny dzień spędzamy na wizycie w przepięknym parku  Reserva Naturale dello Zingaro -wybieramy się tam w Dzień Bożego Narodzenia , z lekką wątpliwością czy będzie otwarty. To pierwszy Park Narodowy na Sycylii, otwarty w 1981  roku. Do Parku są dwa wejścia – główne 2km na północ od malutkiego miasteczka Scopello  , jak i od strony San Vito Lo Capo – 12km wyżej. Z tego co doczytałam , nie ma możliwości dojazdu tutaj komunikacją publiczną .Park jest otwarty  zimą ( październik-marzec) od 8h do 16h , latem ( kwiecień-wrzesień) od 7 do 19h. Pełny bilet wstępu – 5 eur. Tu nas spotyka miła niespodzianka , mimo , iż jest portier , wpuszcza nas gratis z uwagi na 25.12. Dzień także mamy słoneczny i ciepły , a ciepły ubiór jaki wzięłam okazał się zbędny .Główny szlak w parku , biegnie tuż przy morzu i wynosi 7 km ( jakieś 4h tam i z powrotem ) wracając tą samą trasą. Przy szlaku są liczne odgałęzienia do malutkich plaż ukrytych pośród skał.

Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej http://www.riservazingaro.it/index.php?lang=en

Dużo pomogła nam mapka jaką tam znalazłam i wklejam poniżej , gdyż poza głównym szlakiem , reszta nie jest zbyt dobrze oznaczona.

mapka parku Zingaro

 

Park Dello Zingaro

Park Dello Zingaro

Park Dello Zingaro

 

Park Dello Zingaro- grotta dell” Uzzo”

Gdy doszliśmy w pobliże drugiego wejścia do parku , zamiast wracać tą samą drogą , stwierdziliśmy ,że wrócimy przez interior parku . Skorzystaliśmy z żółtego szlaku- który jest odnogą czarnego .

na żółtym szlaku – Park Zingaro

Pnie się on cały czas ku górze , w pewnym momencie dochodzimy do rozwidlenia szlaków i w dużej części kierujemy się intuicją bo oznaczenia nie są jednoznaczne. Wg mapki powyżej podążamy potem szlakiem fioletowym , który zastraszająco wciąż pnie się ku górze , droga jest wąska i śliska , jest wilgotno i coraz wyżej. Oboje już czujemy pewien lęk czy czasem nie zabłądziliśmy , jednak decydujemy się kontynuować.  W końcu dochodzimy do punktu skąd rozpoczyna się schodzenie , czujemy ulgę , droga też jest już łatwiejsza.

Gdy już zeszliśmy na dół okazuje się ,że szlak , który obraliśmy był w ogóle zamknięty .  Cała przygoda dobrze się skończyła i zdążyliśmy przed zmierzchem wrócić . Dzień w Parku Zingaro był najlepszym dniem spędzonym na Sycilii- wynika to zapewne także z mojego umiłowania do kontaktu z naturą .

Jedno popołudnie także poświęciliśmy do zajrzenia na pobliskie Trapani solniska- tzw Saline di Trapani . Nie wywarło to na mnie jednak jakiegoś wielkiego wrażenia.

Saline di Trapani

Saline di Trapani

W Marsali z kolei najbardziej  podobał  mi się zachód słońca , który można było stamtąd obserwować.

Marsala- zachód słońca

 

 

Opublikowano SYCYLIA 2017 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Trekking w środku raju-cyrk Mafate( Reunion) część IV

Dzień czwarty-Roche Plate-La Nouvelle

Podobnie jak w innych miejscach , tutaj także mam dwie opcje dotarcia do następnego punktu mojego trekkingu.

1 Trasa do La Nouvelle przez Trois Roche- gdzie jest piękny wodospad- czas przejścia wg tabliczki 5h 30 min

2. Trasa do La Nouvelle przez Fond de Mafate – wg oznaczeń 4h.

Przez chwilę miałam dylemat , jednak , gdy wzięłam poprawkę ,że trasa nr 1 może mi zając nawet do 8h , nie odważyłam się samotnie zaryzykować , szybko się zmierzcha – koło 18. 30h , więc to także warunkuje planowanie . W dniu dzisiejszym pogoda także nie rozpieszcza , jest pochmurnie i momentami lekko mży. Pierwsza część trasy to dojście do szczytu zwanego Le  Bronchard-1200m . Jest to dość łatwy odcinek , gdyż wychodzę z poziomu 1100m. Po dojściu na szczyt , rozpoczyna się schodzenie w dół do koryta rzeki ,tu stykam się pierwszy raz z wąską ścieżką biegnącą wysoko bez zabezpieczenia barierką, odcinek jest króciutki , jednak trzeba uważać by nie dostać zawrotu głowy patrząc w dół.

widok z Le Bronchard

Tym razem czeka mnie przeprawa przez rzekę ,aż 3 razy , pierwsze dwa idą dość sprawnie, jednak w ostatnim  miejscu napotykam trudności-woda sięga  mi prawie po pas ,a do tego nurt jest dość rwący-muszę uważać by nie wpaść z plecakiem do wody.

Gdy już udało mi się przeprawić przez rzekę , czeka mnie wejście podwójną drabiną po skałach , by kontynuować szlak.

na szlaku w stronę La Nouvelle

Od tego momentu szlak wiedzie cały czas pod górę serpentynami . Pewno nie byłoby w tym nic specjalnego , gdyby nie fakt ,iż część trasy pokonuję się idąc skalną ścieżką , około pół metra szeroką trzymając się jedynie od wewnętrznej strony liny, która jest przytwierdzona do skały .Od zewnętrznej  strony nie ma żadnego zabezpieczenia , im wyżej tym przepaść bardziej przerażająca. Skłamałabym , gdybym powiedziała ,że nie czułam strachu. Na Maderze miałam do czynienia z czymś podobnym ( tyle ,że wówczas chodziłam po zamkniętym szlaku) , tu czułam jeszcze mocniej , iż balansuję nad przepaścią. Wyglądało to mniej więcej jak niżej , tyle ,że nie widać na zdjęciu dokładnie dużej przepaści w dół.

balansując nad przepaścią

Gdy już skończyły się podejścia z linkami, zaczęły się masowe sieci pajęcze, niezliczona ilość czarnych pająków pod którymi musiałam przejść. Dopiero w końcowym odcinku mogę iść spokojniej , roślinność jest coraz bujniejsza i ścieżka dość mocno zarośnięta. Zaczyna także znów mżyć , znów ubieram poncho , okazało się mocno przydatne. W końcu docieram do La Nouvelle , które jest położone na wysokości 1400m . Jest to dość duża wioska , jest tu kilka sklepików i nawet jakieś bary. Czuję się już blisko cywilizacji .Dzięki temu nie muszę czekać do 19h na kolację w schronisku , ale jeszcze przed dojściem do niego , korzystam z oferty jednego z barów. Ceny przystępne , od kwoty 15 eur można nawet płacić kartą, choć połowy dań z karty nawet nie mają.

La Nouvelle

Moje schronisko tutaj to Jessica Oreo , za kościołem i tuż przy boisku piłkarskim.Jestem dziś tu jedynym gościem . Dostaję czysty i dość ładny pokoik , łazienka też w porządku z ciepłą wodą. Tutaj też przypada mi w udziale najsmaczniejsza kolacja  na szlaku , właściciel mówi nawet średnio po angielsku , więc także trochę pogadaliśmy sobie.

schronisko Jessica Oreo

Po nocy w schronisku , zostaje mi ostatni etap mojej wędrówki – trasa do Col de Boef -najkrótszy odcinek , ale zarazem o najwyższym punkcie wysokościowym -2011m. Pogoda od rana też nie rozpieszcza , znów mży ,zaciągam więc swoją kapotę przeciwdeszczową .Niestety od początku zaczynam ” lewą nogą” gubię szlak i błądzę przez 2h w jakimś lesie, a wszystko dlatego ,że w jednym miejscu nie zauważyłam tabliczki , a potem pytając kogoś o drogę zostałam źle pokierowana- pewno jakąś drogą na skróty. Widząc ,że nic z tego nie będzie wracam do punktu wyjścia do wioski i w końcu znajduję zagubiony szlak. Jest już 11 h i  dopiero teraz zaczynam właściwą trasę,wg tabliczki to 2h10min  , mnie zajęło 3h. Szlak rozpoczyna się ostrym podejściem pod górę ograniczonym do drewnianych stopni , więc musze robić sobie odpoczynki po drodze. Buty mam całkowicie przemoknięte, więc też ciężko mi się w nich chodzi , to pierwszy dzień, gdy tak intensywnie pada w czasie mojej wędrówki. W końcu dochodzę do równiny Plain de Tamarind , jak sama nazwa mówi jest pełna drzew tamaryndowca , z którego robi się ciekawą pastę , która może być dodatkiem do dań np. typu curry i nie tylko. .Zaczyna też wychodzić słońce , więc najbliższe chwile zapowiadają się przyjemnie. Dziś też mijam największą liczbę ludzi na szlaku , są to zarówno turyści , którzy np. zrobili sobie 1- dniowy wypad do cyrku Mafate, ale też mieszkańcy La Nouvelle , którzy na plecach przynoszą z pobliskiego Beliere różne towary .

wędrując przez pola tamaryndowca

na równinie tamaryndowców

Po przejściu równiny znów kontynuję wchodzenie pod górę , wraz z wysokością pogoda znów się pogarsza , znów mocno pada , jest mgła i jest to pierwszy dzień , gdy mimo odzieży termicznej jest mi chłodno.  Gdy dochodzę na szczyt jestem trochę rozczarowana , jest tabliczka ze szczytem , ale obok pełno śmieci .

Col de Boef

Do parkingu jest stąd pieszo jakieś 15-20 min , przy parkingu jest także przystanek autobusowy, jednak częstotliwość  to 2 autobusy na dzień , rano i popołudniu. Jest też mini bar z napojami i słodyczami. Dalej pada , a do samego Beliere jest min 2h pieszo , kierując się impulsem zagaduję jednego Francuza , gdzie jedzie i czy mogłabym się z nim zabrać. Nie mam w zwyczaju jeździć na stopa , jednak jestem zmęczona , zmarznięta i przemoknięta. Ostatecznie podwozi mnie aż do samej mieściny , gdzie mam swój bagaż, więc zostaje mi jedynie 300m pieszo , super , szczęście się uśmiechnęło do mnie.

Po przebraniu się , mąż właścicielki  hostelu , przygotowuje mi znów pyszne danie wege , palce lizać. Po tylu dniach z plecakiem , apetyt dopisuje . Następnego dnia już wracam do stolicy Saint Dennis, niewielkie zwiedzanie , bo za wiele też nie ma co i powrót do Polski.

Wszystko przebiegło zgodnie z planem no i wróciłam cała i zdrowa co najważniejsze.

Opublikowano REUNION 2017 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Trekking w środku raju-cyrk Mafate( Reunion) część III

Dzień trzeci-Cayenne- Roche Plate

Dziś wyruszam z Cayenne – mam 2 opcje zrobienia tej trasy:

  • z Cayenne do Roche Ancre , stamtąd dalej do Roche Plate- oznaczone jako 4h 20min , mimo ,że w innym miejscu było podane 3h35min , co tylko potwierdza nieprecyzyjność oznaczeń
  • Z Cayenne do Ilet de Letaniers( 3h)  , a następnie stamtąd do Roche Plate (2h 30 min)

Wybieram opcję nr 1, mimo ,że wiem , iż oznacza ona przeprawę przez rzekę . Do podanych czasów przejść doliczam dodatkowo jakieś 35% więcej czasu , także napotkani turyści zgłaszali ,że czasy przejść są dłuższe niż podają to oznaczenia.

Do Roche Ancre-droga najpierw jest  w miarę płaska, a następnie schodzi ostro w dół do koryta rzeki Galates- przez którą trzeba się przeprawić. Woda w tym miejscu sięgała maksymalnie do kolan , więc nie było problemu.

na szlaku z Cayenne do Roche Ancre

rzeka Galates

Po zejściu na sam dół , znów jest wejście pod górę i jeszcze dwie przeprawy przez rzekę , jednak i tu idzie łatwo . Jednak wejścia i zejścia są już męczące i duża wilgotność powietrza daje się we znaki , w połowie szlaku spotykam 2 wędrowców , więc dziś jeszcze bardziej pusto niż w poprzednie dni. A tu poniżej można było się wykąpać , jednak ja nie korzystam.

na szlaku Cayenne do Roche Ancre

Ogólnie szlak jest długi i męczący, dzisiejszy dzień to 5h30 min marszu , w połowie tego szlaku  jest rozwidlenie na Ilet de Letaniers.Widoki jednak wynagradzają trudy i duże przewyższenia terenu. Po wyjściu na górę , mogę  obserwować koryto rzeki Galates.

koryto rzeki Galates

zbliżając się do Roche Plate

Na ostatnich 2-3km zaczęło padać , musiałam użyć swojej peleryny przeciwdeszczowej . W samym pobliżu Roche Plate obserwuję wielkie sieci pajęcze razem z ich mieszkańcami-nie ukrywam ,iż czuję strach ,że jeden z tych pająków spadnie mi na głowę , gdy będę po nimi przechodzić..brr.. Jedyne co mnie pociesza , to fakt ,iż nie są jadowite.

uwaga pająki na szlaku

Roche Plate jest położone na wysokości 1100m  .Wioska jest dość długa , jest kilka schronisk i nawet jakieś sklepiki , jednak pozamykane.

widok na Roche Plate

Moje schronisko mieści się na końcu wioski- Vivette Thiburce- ma najlepszy standard z tych dotychczasowych , jest ciepła woda i nawet gniazdka elektryczne w pokoju. Jedyny minusem jest to ,że odbiór kluczy do pokoju , jak i śniadanie i kolacja jest w osobnym miejscu- oddalonym 10 minut pieszo w jedną stronę.Tu jedzenie jednak też jest najgorsze- kaszanka , ryż i trochę fasoli , oczywiście kaszanki nie tykam. Na śniadanie z kolei czerstwa bagietka. We wszystkich schroniskach częstują rumem lub ponczem domowej roboty.Tutaj także mogę kupić butelkę wody na kolejny dzień. Jak widać po zdjęciach ,dziś pogoda mi nie dopisała , w sumie ogólnie ta się pogarsza z każdym dniem , ale da się przeżyć.

Opublikowano REUNION 2017 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Trekking w środku raju-cyrk Mafate( Reunion) część II

Dzień drugi -odcinek Aurore-Cayenne 

Mimo wstępnego planu trasy(do niektórych punktów były np dwie możliwości dotarcia ), dzisiejszą trasę zupełnie  zmodyfikowałam. Początkowo miałam iść do następnego schroniska Cayenne-przez Grand Place , jednak po dotarciu do Aurore , zobaczyłam , iż jest trasa alternatywna  , dzięki której nie musiałabym powtarzać nawet części trasy z poprzedniego dnia. Na mapie nie widać tego dokładnie ,że szlaki się łączą i można nimi dojść do Cayenne , ja ufam drogowskazom i skoro jest wpisane , iż trasa prowadzi do Cayenne , decyduję się na nowy szlak. Najpierw z Aurore idzie się w kierunku Deux Bras przez Bord Bazar- gdzie jest punkt widokowy . Początkowo trasa jest dość płaska z lekkim wejściem pod górę , aż do punktu widokowego, skąd rozpościera się piękna panorama.

widok z Bord Bazar

Tu łączą się dwa gł. szlaki GR2 i GR3

skrzyżowanie szlaków na Bord Bazar

Począwszy od tego momentu , następuje mocne zejście w dół , dość gwałtowne, mam wrażenie ,że schodzę w najniższą część tej kotliny , którą widać między górami , zejście nie ma końca, a tropikalna roślinność staje się coraz bardziej bujna.

Jednak zanim zejdę zupełnie w dół , jeszcze mogę podziwiać piękne widoki cyrku Mafate.

na szlaku Aurore-Deux Bras

na szlaku Aurore-Deux Bras

Począwszy od tego punktu przez kolejne 30-40 minut , komary tną niemiłosiernie , nie mogę nawet na chwilę przystanąć bo by mnie zjadły.To ta gęsta roślinność oraz niska wysokość powodują ,że czuję się jak w tropikalnej dżungli. Krótko przed dojściem do wiszącego mostu -jest rozgałęzienie szlaków-w kierunku Deux Bras oraz Cayenne/Ilet de Letaniers. Po przejściu mostu ukazują się już inne widoki i rozpoczyna się znów podejście pod górę, słońce mocno praży a do tego jest wysoka wilgotność , więc idzie się coraz trudniej.

widok z mostu-w drodze do Cayenne

w drodze do Cayenne

 

w drodze do Cayenne

Końcowy etap trasy jest już lżejszy , a z daleka widać już wioskę , a konkretnie schronisko które wyróżnia się kolorami już z daleka.

schronisko w Cayenne ( Gite de Grand Place)

To chyba jedyne schronisko w tej małej wiosce, jest pięknie położone – na skarpie na wysokości 500m  , z cudnymi widokami . Tutaj poza mną są tylko 2 młode dziewczyny , to jedyne schronisko , gdzie nie było ciepłej wody.

widok ze schroniska Cayenne

W schronisku nie ma żadnego sklepiku , można podejść w górę do Grand Place ( Ecole)-koło 30 min pieszo w jedną stronę , gdzie również są schroniska oraz sklepik. Dziś pierwszy dzień , gdy zaczyna mżyć , mżawka trwa ponad godzinę , ja wybieram się do góry by kupić jakieś napoje.

wioska Cayenne

Reasumując trasa Aurore-Cayenne przez trasę w kierunku Deux Bras zajęła mi 5h , podczas , gdy drogowskazy wyznaczały 3h 45min . Następnego dnia będę się wybierać do Roche Plate.

 

 

 

 

 

Opublikowano REUNION 2017 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Trekking w środku raju-cyrk Mafate( Reunion) część I

       Jak wiele podróży i ta została zainspirowana  materiałami  jakie znalazłam w internecie. Jakiś czas temu natknęłam się na relacje z podróży po Reunion  i zakochałam się w zdjęciach  z Mafate od pierwszego wejrzenia.Wydawały mi się takie niezwykłe , wręcz mało realne by rzeczywiście było tam tam pięknie.

Cała  moja podróż  obejmowała Mauritius i Reunion. Na tej drugiej wyspie celem był trekking w wulkaniczym cyrku Mafate.

Zacznę od kilku  praktycznych informacji;

1 Jak dotrzeć : na Reunion można przylecieć np z Air France / Air Mauritius przez Paryż  lub także z pobliskiego Mauritiusa linią Air Mauritius.

2.Reunion jest terytorium zamorskim Francji , więc nie ma obowiązku wizy a walutą obowiązującą jest Euro.

3 Reunion ma dwa lotniska- Saint Dennis oraz Saint Pierre , na przeciwległym krańcu wyspy. Ja docieram na lotnisko Saint Dennis – z lotniska do centrum miasta można dojechać komunikacją miejską- linia T- podróż trwa 10 minut i kosztuje 5 eur.

4. Transport publiczny na Reunion jest wykonywany przez kilka niezależnych firm przewozowych ,co powoduje konieczność przesiadek. Najdłuższą linią autobusową jest linia z lotniska Saint Dennis na lotnisko Saint Pierre. Poniżej możecie znaleźć rozkłady jazdy ;

http://www.allonslareunion.com/en/reunion-vehicules/bus-networks.html

5. Reunion jest bardziej kierunkiem dla amatorów pieszych wędrówek niż dla plażowiczów. Plaż nie ma tu za wiele i często bywają zamknięte z uwagi na zagrożenie rekinami.

6.Wg mnie najpiękniejszą częścią wyspy są tzw cyrki wulkaniczne( głębokie kotliny , otoczone wysokimi górami)  -jest ich 3: Mafate-najtrudniej dostępny, Cilaos oraz Salazie-najbardziej zielony.Na pewno godnym uwagi jest też wulkan Piton de la Fournaise , jednak na to już mi nie starczyło czasu .

7 Kiedy jechać? na trekking najlepiej od maja do października , od listopada do kwietnia na Reunion przypada pora cyklonów

Jako , iż lubię wyzwania, za cel obrałam sobie cyrk Mafate , 5 dniowy trekking po niemal bezludnych ścieżkach o dużych przewyższeniach terenu , nocując w skromnych schroniskach , w jednym z nich nie było nawet ciepłej wody.

Do cyrku Mafate w sumie są 4 wejścia: od strony  Cilaos , Le Maido ,Dos d’Ane oraz Grand Ilet. Moja wędrówka zaczęła się od Grand Ilet/Beliere. Tutaj docieram z Saint Dennis z przesiadką w Saint Andres. Z Saint Andres jeździ tylko jedna linia do Grand Ilet i połączeń nie ma wiele , a w niedzielę są już znikome , co trzeba wziąć pod uwagę przy planowaniu trekkingu. W Grand Ilet mogę szczerze polecić zakwaterowanie L´Escale Rando , bardzo sympatyczni właściciele , posiadają także  restauracje .

W planowaniu trasy bardzo pomogła mi ta strona- można tu w miarę dokładnie wyliczyć odległości i czas potrzebny do przejścia szlaku.

https://www.randopitons.re/randonnees/cirques-distances#mafate

W praktyce jednak okazało się ,że trasy są dłuższe i trzeba na nie poświęcić więcej czasu , dobrze , więc ,że miałam zapas.

Schroniska rezerwowałam z wyprzedzeniem na stronie :

http://book.reunion.fr/fr/hebergements?flashview=invalidsearchcfg&filter=g=67986;c=18048

Dzień pierwszy -odcinek Beliere-Aurore 

Moją wędrówkę rozpoczynam od szlaku Beliere  do Aurore przez Sentier Scout, gdzie mam spędzić pierwszą noc .Jest dostępny także alternatywny szlak Beliere do Aurore przez  Sentier Augustave. Z opowiadań na miejscu słyszałam , iż ten drugi jest ładniejszy , choć bardziej wymagający. Tuż przed wejściem na szlak Sentier Scout  z głównej drogi prezentuje mi się taki oto widoczek:

widok na cyrk Mafate

Wg mapy szlak do Aurore liczy 8,7km i powinien zająć koło 230 min. Mi oczywiście zajął więcej czasu 4h 30 min , a także moja aplikacja do liczenia kilometrów naliczyła ich więcej niż wskazuje mapa .

Pierwszego dnia pogoda dopisuje , jest słonecznie i ciepło , cieszę się ,że nie wzięłam grubej kurtki , bo  poza ostatnim dniem była zbędna( choć dałam radę  i bez niej).

          Początkowo szlak schodzi mocno w dół , schodzę  z 1600m na 800m , choć bywają też  jakieś niewielkie wejścia pod górę. Jedno z takich wejść , mimo ,że technicznie nie było trudne, mogło trochę ściąć krew w żyłach. W pewnym momencie idę bowiem wierzchołkiem góry , mając przepaść na kilkadziesiąt metrów po obu stronach wąskiej ścieżki a po drodze jeszcze są momentami duże kamienie.

na szlaku Beliere-Aurore przez Sentier Scout

na szlaku Beliere-Aurore przez Sentier Scout

Z wierzchołka góry za to rozpościera się piękny widok na okolicę , jestem zafascynowana .

na szlaku Beliere-Aurore przez Sentier Scout

Następnie  znów jest tylko zejście w dół , aż do samej wioski Ilet a Malheur.

na szlaku Beliere-Aurore przez Sentier Scout

Zanim jednak dochodzę do pierwszej wioski , mijam rozwidlenie szlaków w punkcie La Plaque , można było stąd ruszyć w kierunku  wioski  Grand Place.

na szlaku Beliere-Aurore przez Sentier Scout

Przed samym wejściem do wioski i w samej wiosce widać dużo ozdobnych krzewów np znana u nas gwiazda Betlejemska .

przed zejściem do Ilet a Malheur

W Ilet a Malheur widać kilka schronisk , jednak nie ma tłumu turystów , do tego momentu spotkałam tylko 3 osoby za ponad  3h marszu , w pewnym momencie miałam nawet obawy,że się zgubiłam . Przechodzę wioskę i podążam w kierunku Aurore , zanim jednak dojdę do celu jaki mam na dzień dzisiejszy , czeka mnie dość długie wejście pod górę . Istnieje  także droga na skróty , jednak podejście jest jeszcze bardziej strome , więc odpuszczam.

Aurore jest położone na wysokości 950m  , śpię w schronisku BOYER Georget – jest tłoczno , koło 12 osób. Pokój dwuosoowy kosztuje 40 eur , miejsce w dormitorium bodajże 18 eur. Obiadokolacja jest serwowana o 19h , jak w większości miejsc i kosztuje zwykle 20-25 eur , śniadania 6 eur. Śniadania w przeciwieństwie do kolacji , są  bardzo skromne -bagietka , dżem i kawa/herbata, w schronisku jest także sklepik , więc można dokupić sobie coś na drogę , są to gł produkty w puszkach: ciastka , woda. Woda 1,65 litra kosztuje 3 euro , z tego co mówili mieszkańcy nie jest wskazane picie wody ze strumienia-gdyż jest ryzyko zanieczyszczeń , zarówno przez zwierzęta , jak też gospodarstwa domowe(ścieki)

Standard zakwaterowania pozostawia  trochę do życzenia , ale jest ciepła woda i dobre jedzenie , jest także opcja jedzenia w wersji wegetariańskiej z czego korzystam . Podczas korzystania z prysznica ,nagle pod lampą widzę wielkiego czarnego pająka , wybiegłam z krzykiem owinięta tylko ręcznikiem , przy wejściu do jednego z dormitoriów również wisi duży czarny pająk , niestety mam arachnofobię , a spotkania z pająkami jeszcze przede mną w dalszej części wędrówki.

schronisko w Aurore

Niedaleko od schroniska jest lądowisko dla helikoptera , który dostarcza żywność do wioski, z tego miejsca jest bardzo ładny widok , który mi przypomina Machu Picchu .

Aurore-widok z lądowiska dla helikoptera

Aurore-widok z lądowiska dla helikoptera

 

Opublikowano REUNION 2017 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Bergen okołoweekendowo

Bergen to kolejne często odwiedzane przez Polaków norweskie miasto, dotąd nie byłam nigdy w Norwegii , więc nadszedł czas w końcu się tam wybrać.  Z południa Polski najłatwiej się dostać Wizzairem lub Norwegianem. Jeśli chodzi o dojazd z lotniska w Bergen do centrum można dotrzeć   Flybussen Bergen – podróż trwa koło 25 minut .

Bilety można kupić na  https://www.flybussen.no/

Koszt biletu w jedną stronę 100 NOK ,gdy od razu kupimy tam i z powrotem 170 NOK , przy zakupie u kierowcy 20 NOK drożej.

Bus ma po drodze kilka przystanków : w centrum są to  Bus station, Festplassen, Fish Market and Bryggen( Raddison Blue Hotel).

Jeśli chodzi o zakwaterowanie  ,tym razem znów korzystamy z opcji noclegowej airbnb- wychodzi ekonomiczniej niż w hotelu , bowiem sami możemy przygotować część posiłków. Nasza podróż odbyła się w kwietniu przypadając na okres Wielkanocy i tutaj uwaga w Norwegii ku naszemu zdziwieniu święto narodowe zaczyna się już w Wielki Czwartek , z tego względu większość sklepów jest zamknięta. Można na szczęście liczyć na 7 Eleven, te były otwarte , choć wybór asortymentu dość ograniczony. Ku naszemu zaskoczenia wita nas piękna jak na ten czas w Norwegii pogoda , słonecznie i koło 7-8 stopni. Pierwszego dnia więc jeszcze trochę mamy czasu by powłóczyć się po mieście.Mieszkamy blisko wszystkich atrakcji  -blisko Bryggen .

Bryggen to zabytkowa część miasta , wpisana na listę Unesco  w 1979 roku. Skupia ona szereg budynków handlowych , tuż nad zatoką , dla mnie to najpiękniejsza część Bergen, stąd wszędzie jest blisko, do Targu Rybnego , centrum.

Bryggen -widok z naprzeciwka

Bryggen

Bryggen

Bryggen

Bryggen-wnętrze

Tuż obok znajduje się Targ Rybny ,jednak szczerze spodziewałam się czegoś więcej. Można tu zarówno zjeść na miejscu przyrządzane ryby jak i kupić je na wynos i przyrządzić w domu -my korzystamy z tej drugiej opcji .

Targ Rybny

Targ Rybny

Oprócz miasta , okolice Bergen mają dość sporo do zaoferowania , bezpośrednio z centrum , blisko Bryggen można wjechać na jedną z gór otaczających Bergen – Floyen-320m wysokości -oczywiście można tam też wejść pieszo.

Kolejka na Floyen latem czynna jest od 9 rano do 23h , bilety można kupić na miejscu w automacie lub przez stronę internetową  http://floyen.no/. Bilet w jedną stronę kosztuje 45 NOK , a tam i z powrotem 90 NOK.

Dzień w którym wybieramy się na Floyen , pogoda już jest dość niepewna , momentami kropi i jest dość chłodno , z tego względu decydujemy się na wjazd kolejką do góry i zejście pieszo.

kolejka na Floyen

Widok z góry jest  ciekawy , choć w słoneczne dni pewno lepszy.

widok z Floyen

 

widok z Floyen

widok z Floyen

Na górze jest restauracja jak i plac zabaw dla dzieci ,stąd także zaczyna się kilka szlaków, dwa rodzaje do centrum , jak też najciekawszy z nich na Ulriken-kolejną górę w pobliżu Bergen , naszą aspiracją było zrobienie tej trasy odwrotnie tj z Ulriken na Floyen , jednak pogoda ostatecznie nam to uniemożliwiła o czym później. Sam szlak między dwoma górami wynosi 13km . Są także jakieś pomniejsze szlaki wokół Floyen-każdy znajdzie coś dla siebie.

My zrobiliśmy jakąs krótką rundkę do pobliskiego stawiku, widoczki dość malownicze .

okolice Floyen

Następnego dnia atakujemy Ulriken – drugą z okolicznych gór , jakie otacza Bergen -ta jest trochę wyższa -643m. Tutaj także na szczyt można wyjechać kolejką . W pierwszym rzędzie dojeżdzamy do kolejki busem z samego Bryggen bus nr 3 , trzeba dojechać do stacji Haukelandsbakken ( Haukeland Hospital) -jedzie się jakieś 10-12 minut. Rozkład jazdy autobusów lokalnych w strefie Bergen można sprawdzić na http://www.skyss.no -poprzez aplikacje można kupić bilet ze zniżką , mi niestety się nie udało , mimo zainstalowanej w komórce aplikacji. Bilety na autobus kupowaliśmy w 7 Eleven – jeden z nich znajduje się także pomiędzy  Bryggen a Targiem Rybnym- o ile pamiętam koszt 1 biletu koło 27 NOK.

W wysokim sezonie tj maj-wrzesień  kursuje z centrum  specjalny autobus na Ulriken-Ulriken bus w godzinach 9-18h . Odjazdy z centrum o pełnych godzinach .

Na Ulriken wjechaliśmy kolejką – bilety  do kupienia w automacie przy wejściu do kolejki.

Na stronie internetowej można sprawdzić także czy kolejka kursuje w danym dniu , gdyż bywa , że jest zamykana z powodu silnych wiatrów.

http://ulriken643.no/

Kolejka kursuje od 9 do 21h , bilet w jedną stronę 110 NOK , tam i z powrotem  170NOK

Gdy dojechaliśmy na górę , sytuacja wyglądała jeszcze gorzej niż z dołu , mgła była tak gęsta ,że nic nie było widać na odległość 5 metrów , leżał śnieg , który przykrywał całkowicie szlak. Skoro jednak wjechaliśmy , postanowaliśmy , iż tak szybko się nie poddamy , odczekaliśmy z pół godziny i widząc ,że mgła zaczęła się przerzedzać , zaczęliśmy nieśmiało iść szlakiem w kierunku Floyen . Miejscowo odradzali nam to , gdyż pogoda nie była stabilna , widoczność słaba a do tego leżał śnieg. Chcieliśmy chociaż przejść choćby 30 minut szlakiem by nie wracać z” pustymi rękoma” i bez widoków. Początki były trudne , ślisko , szlak był na szczęście też oznaczony powbijanymi metalowymi prętami .Po mału zaczynało się rozjaśniać i było coraz więcej widać .

Na Ulriken

Na Ulriken

w tle widoczna antena na Ulriken

widok z Ulriken

Przesliśmy szlakiem w kierunku Floyen koło 2km , jednak trasa była zbyt męcząca z powodu brnięcia w śniegu , nie zdecydowaliśmy sie na podjęcie ryzyko i podążanie dalej . Za to zeszliśmy z Ulriken pieszo , dość malowniczym szlakiem w kierunku miasta . W miarę upływu czasu zrobiło się nawet słonecznie a im byliśmy niżej tym było mniej śniegu. Ostatecznie , mimo , iż nie zrealizowaliśmy pierwotnych założeń , dzień uznaliśmy za udany.

widoczki w drodze powrotnej z Ulriken

droga powrotna z Ulriken do Bergen

Poza  typowymi atrakcjami Bergen i najbliższych okolic , jeden dzień poświęciliśmy w całości na wycieczkę  i rejs po fjordzie Aurlands. Tym razem cały pakiet kupiliśmy przez pośrednika Norway in Nutshell – samodzielna rezerwacja wychodziła trochę drożej i nie gwarantowała miejsca na wszystkie środki transportu. Tak więc dużo lepiej wyszła nas cała wycieczka na jednym bilecie. Podróż można było rozpocząć z Bergen lub Oslo. Koszt wycieczki z Bergen wyniósł nas 159 eur na osobę , jednak na pewno atrakcje były warte tej ceny. Bilety rezerwuje się na  https://www.norwaynutshell.com/original-norway-in-a-nutshell/# a fizycznie odbiera się je na stacji kolejowej – w naszym wypadku w Bergen .

trasa wycieczki

My zaczynamy podróż od trasy pociągiem do Flam , odjazd tuż po 8 rano z Bergen , pierwszy odcinek miał kilka ładnych widoków , jednak prawdziwą atrakcją samą w sobie jest następny odcinek , również kolejowy -Myrdal do Flam. Kolej łącząca oba miasteczka nazywa się Flamsbana i  jest to jedna z najbardziej stromych  linii kolejowych na normalnym torze  na świecie .To zarazem jedna z najpiękniejszych tras kolejowych , jest to odcinek 20km  ,a pociąg pokonuje duże różnice wysokości- od poziomu morza do 867m w Myrdal . Bilety na trasie Flam-Myrdal-Flam  i odwrotnie  można kupić także samodzielnie- koszt od 4o0NOK tutaj

https://www.visitflam.com/en/flamsbana/

Bilety na kolej norweską  w całym kraju z kolei można nabyć na  :

https://www.nsb.no

Flamsbana

Po drodze można podziwiać góry , fjordy oraz wodospady.

dojeżdżając do Flam

Flam to małe miasteczko , aczkolwiek pięknie położone , to stąd wyruszymy na rejs po fjordzie.

Flam-brama do Aurlandsfjord

Sam rejs do Gudvangen trwa około 2,5h , widoki są piękne , większość czasu spędzamy na zewnętrznym pokładzie , pogoda dopisała , mamy piękny słoneczny dzień z temperaturą koło 10 stopni w kwietniu , jednak zimny wiatr daje trochę w kość- znów pomysł z termosem ciepłej herbaty okazuje się strzałem w dziesiątkę.

rejs po Aurlandsfjord

rejs po Aurlandsfjord

rejs po Aurlandsfjord

rejs po Aurlandsfjord

rejs po Aurlandsfjord

dopływając do Gudvangen

W Gudvangen już czeka kilkanaście autobusów by zabrać turystów do Voss, Flam zrobiło na mnie dużo lepsze wrażenie niż Gudvangen , choć tu spędzamy dosłownie chwilę i odjeżdżamy autobusem w kierunku Voss, gdzie następnie wsiadamy do pociągu do Bergen. Koło 18.30 jesteśmy znów w Bergen , więc była to całodniowa wycieczka , obfitująca jednak w różne i piękne krajobrazy , gorąco polecam tą trasę. To był nasz pierwszy raz w Norwegii , choć przypuszczam ,że nie ostatni, ten kraj ma wiele do zaoferowania jeśli chodzi o piękno przyrody . Mnie bardzo marzą się Lofoty , choć są też inne rejony , których nie wykluczam .

Opublikowano NORWEGIA | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Prambanan i Borobudur -piękne świątynie w okolicy Yogyakarty

Yogyakarta  jest na mapie podróży chyba wszystkich , którzy zdecydowali się zwiedzić Jawę ,  my docieramy tutaj z Surabaya pociągiem. Standard całkiem dobry jak na Indonezję , nie ma co narzekać , podróż trwa prawie 5h. Hotelu nie mamy zarezerwowanego naprzód , więc krążymy trochę z taksówkarzem w okolicy centrum  i ostatecznie lokujemy się niedaleko głównej ulicy Malioboro. Na zwiedzanie miasta nie mamy jednak praktycznie czasu , więc jedynie udajemy się na tą najbardziej znaną ulicę Yogya , która nas mocno rozczarowała . Wszędzie okropne tłumy , riksze , samochody ,mało przyjemnie się tamtędy porusza . Nie brakuje za to sklepów z batikiem .

Malioboro Jalan

Malioboro Jalan

Najważniejszą atrakcją dla której udałyśmy się do tego miasta są 2 okoliczne świątynie- Prambanan oraz Borobudur. Jako , iż transportem publicznym byłoby niemożliwością objechanie obu miejsc w jeden dzień , skorzystałyśmy z agencji turystycznej  Sakha Holiday -poleconej mi przez Emi z blogu ” Emi w drodze”

W dniu wycieczki agent biura przyjechał po nas do hotelu koło 4 rano , mamy bowiem pakiet wschód słońca nad Borobudur. Jest to pierwsza ze świątyń , którą będziemy zwiedzać. Położona pośrodku dżungli , jest największym ośrodkiem kultu buddyjskiego na świecie , a w 1991 roku została wpisana na listę UNESCO. Zbudowana mniej więcej między 750 a 850 rokiem n.e ,  została na wiele wieków opuszczona z niewiadomego powodu , dopiero ponownie odkryta w 1814 roku przez oficera brytyjskiego , wówczas to stopniowo zostały podjęte prace konserwacyjne .

My zaczynamy zwiedzanie od wzgórz Setumbu  , gdy dojeżdżamy jest całkiem ciemno ,by wejść na wzgórze musimy pokonać trochę prowizorycznych schodków w środku dżungli , ostatecznie jesteśmy mocno utaplane w błocie. Z napięciem wszyscy wyczekujemy tego magicznego momentu wschodu słońca , słychać zewsząd odgłosy dżungli  , dzień zaczyna się dość mocną mgłą.

Setumbu Hills wschód słońca nad Borobudur

Setumbu Hills wschód słońca nad Borobudur

W oddali na tym zdjęciu ledwo widoczny jest zarys wulkanu Merapi , w czasie lepszej pogody widoki muszą być niesamowite.

wschód słońca nad Borobudur

wschód słońca nad Borobudur

Trochę jesteśmy rozczarowane , bo niestety gęsta mgła uniemożliwia dostrzeżenie świątyni na tle wschodzącego słońca .Następnie udajemy się na zwiedzanie świątyni .Sam kompleks jak widać jest duży, najbardziej podobało mi się na samej górze , rozpościera się też stamtąd piękny widok na okolicę.

Borobudur

Borobudur

Borobudur

Borobudur

Borobudur

Borobudur

na szczycie świątyni Borobudur

na szczycie świątyni Borobudur

Stamtąd udajemy się do drugiej świątyni Prambanan . Sama podróż z jednej świątyni do drugiej zajmuje koło 2h . Pogoda na szczęście dopisuje i tak oto mamy przed sobą kolejne architektoniczne cudo-Prambanan .Jest to hindusityczne miejsce kultu poświęcone bogom Sziwie, Wisznu i Brahmie. Kompleks został zbudowany w IX wieku i również w 1991r wpisany na listę Unesco . Na mojej siostrze wywarł większe wrażenie niz Borobudur , może wygląda bardziej majestatycznie , zresztą cóż zobaczcie sami .

Prambanan

Prambanan

 

 

Prambanan

Prambanan

Do każdej z wież prowadzą schodki , którymi można wyjść do góry.

Prambanan

Prambanan

 

we wnętrzu jednej z wież Prambanan

we wnętrzu jednej z wież Prambanan

 

Informacje praktyczne

pociąg Surabaya-Yogyakarta 320.000IDR – miejsce w najwyższej klasie. Bilety z wyprzedzeniem można kupić na stronie https://en.tiket.com/

Violet hotel w Yogyakarta- 410.000IDR za 2 osoby ze śniadaniem

Sakha Holiday – koszt transportu do obu świątyń + śniadanie na miejscu 175.000 IDR na osobę  -kontakt sakha_transtour@yahoo.com , osobno płatne wstępy

wstęp do Borobudur =20 USD

wstęp do Prambanan=18 USD

Opublikowano INDONEZJA 2016 | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wschód słońca nad wulkanem Bromo

Bromo -jeden z najbardziej znanych wulkanów Indonezji , w porównaniu do wielu innych bardzo łatwy do zdobycia , a zarazem oferujący piękne widoki o wschodzie słońca. Nie wszyscy jednak mają szczęście trafić na bezchmurne niemal niebo o świcie-nam się udało. Ogólnie większość trafia na Bromo z punktu wyjściowego-Yogyakarta bądź Surabaya , część robi to z wycieczką zorganizowaną-tych sporo jest z Yogya, a część na własną rękę jak my . Nasza  podróż – tym razem podróżowałam z najmłodszą siostrą , zaczyna się w Yakarcie- skąd udajemy się samolotem do Surabaya( linie Air Asia).Lecimy wczesnym samolotem o  6.45 , gdyż do Probolingo trzeba się dostać przed 13h a im szybciej tym lepiej, potem szanse na dalszy transport maleją znacznie i cena także rośnie!

Naprzeciw terminala łapiemy bus z firmy Damri Bus na gł terminal autobusowy w Surabaya -Purabaya. Z pomocą uprzejmego Indonezyjczyka , który jechał z nami z lotniska, szybko znajdujemy kolejny bus do Probolinggo.  Jest to miasteczko opanowane przez ” mafię” transportową , to tutaj jest największa łapanka na turystów , którzy na własny rachunek usiłują dostać się na Bromo . W trakcie jazdy – już w samym Probolinggo, kierowca autobusu chce nas wysadzić jakiś kawałek  przed dworcem przy jednej z agencji organizującej wyjazdy na Bromo – gdzie stawka za osobę tylko za przejazd do Cemoro Lawang( punktu końcowego) wynosi 70.000IDR. Nie dajemy za wygraną , dużo czytałam przed wyjazdem o tym jak się dostać na Bromo i nie dać się oszukać . Dojeżdzamy na gł terminal autobusowy koło 12.30h , tam chodzę i pytam o bus na Bromo , widzę nawet okienko , które organizuje te wyjazdy  , jednak nieufność zwycięża i wychodzę na zewn terminalu szukać tego małego busika ,gdyż w necie własnie takie instrukcje wyczytałam. Wychodzę i nic nie widzę , w końcu idę w lewo od dworca ( jakieś 150m)  i tam owszem stoi kilka mocno rozklekotanych busów , jednak zero turystów , więc mam wątpliwości czy to na pewno to? Wracam więc do tego okienka – Agencja TOTO  -na dworcu i tam potwierdzają mi że są to niebieskie bądź zielone busiki i to one jadą do miejscowości przy Bromo.

busik na Bromo

busik na Bromo

Wówczas już obie czekamy przy busach czekając czy pojawią się jacyś turyści – po kilku minutach zjawia się para  , potem za dłuższą chwilę , większa grupka. Po ostrych negocjacjach udało sie ustalić cenę za osobę , choć zostawało wg kierowcy jedno wolne miejsce i chcieli kazać nam czekać na jeszcze jedną osobę , choć i tak byliśmy ściśnięci jak śledzie w puszcze , mimo ze bagaże zostały zapakowane na dach .Jest nas w sumie 12 osób, ponoć cena przy pełnym busie czyli 13 osobach wynosi 35.000 IDR za osobę , my płacimy ciut więcej byle już ruszać i nie czekać na tą kolejną osobę. Bus jest takim złomem ( choć na zdjęciu nie wygląda tak fatalnie) , że w Europie nigdzie by go do ruchu nie dopuścili , oczywiście zero klimy , jedynie okna się lekko uchylały. Gdy w trasie wjeżdżał pod górę miałam wrażenie , że zaraz stanie i dalej nie ruszy, ledwo sobie radził. Dobrze ,że miałyśmy do przebycia tylko 40km ,bo w takich warunkach nie dałoby rady przejechać dłuższego odcinka. W miarę jak wyjechaliśmy z Probolinggo droga pięła się ku górze , jednocześnie się ochładzało , co w tej sytuacji było ulgą. Gdy w końcu docieramy do Cemoro Lawang koło15h, znów są przepychanki z kierowcą , bo chce nas zostawić na początku miasteczka , więc jakieś 4km od Bromo .Dobrą techniką było tu niezapłacenie kierowcy z góry , bo tylko ten fakt przekonał go ,że wszyscy chcemy dojechać wyżej i bliżej wulkanu szukać zakwaterowania, ostatecznie się udało i wysadza nas przy Hostelu Lava . My z powodu nadmiaru bagażu i zmęczenia od razu wchodzimy do tego hostelu i nie idziemy szukać nigdzie dalej , jeśli cena i warunki będą satysfakcjonujące nas. 

Zakwaterowanie to forma połączonych mini domków kampingowych , te niżej położone są zawilgocone , w końcu bierzemy bardziej widny i mniej wilgotny i przynajmniej mamy już załatwiony temat noclegu. W hostelu tym także jest restauracja co jest dużym plusem bo w okolicy mimo że niby są jakieś tzw warungi( bary lokalne) to w większości nie widać tam żadnego ruchu bądź są zamknięte , warto więc wziąć zakwaterowanie z możliwością wyżywienia. Z tego co czytałam wcześniej w temacie  hosteli w tej mieścinie , ceny są nieadekwatne do jakości , więc trafiło nam się całkiem przyzwoicie , bo nieraz warunki są niemal spartańskie. Mamy   chłodno , ale da się przeżyć, temperatura w nocy spada bowiem do 8-10 stopni , w dzień dochodzi do 20 -23stopni , wynika to stąd ,że miasteczko leży na wysokości 2217 m.

Jeszcze tego samego wieczoru wyruszamy na rekonesans okolicy , a przede wszystkim na rozeznanie ścieżki na Bromo , tak by uniknąć zapłaty wstępu .  Jeśli podążymy gł drogą w górę przy której jest usytuowany hostel Lava , dojdziemy do szlabanu , gdzie należy płacić wstęp za wejście , widząc nas w okolicy strażnik już reklamował zapłatę , jednak powiedziałyśmy ,że dziś nie wchodzimy. Wstęp ten wynosi między 207.5000 a 317.500 IDR zależnie od dnia tygodnia , więc jak na ten kraj nie jest to mała kwota.

cennik wstępu na Bromo

cennik wstępu na Bromo

Jednak my od początku wiemy ,że mamy zrobić tak by nie płacić , bowiem pieniądze z tych opłat niestety nie wiążą się z żadnymi inwestycjami  czy dbaniem o środowisko naturalne. Dziś musimy się zadowolić widokiem z tej okolicy, niestety Bromo jest otulone masą pyłu i niewiele widać , dziś także w pobliżu szlabanu jest informacja , iż jest zakaz zbliżania bliżej niż 1km do wulkanu.

po lewej ledwo widoczny Bromo

po lewej ledwo widoczny Bromo

Okazało się ,że ścieżka wiodąca do samodzielnego odkrywania wulkanu – to boczna droga od głównej tuż przy hostelu Lava , pnącą się do góry. Owszem w hostelu można było także załatwić sobie dodatkowo płatną wycieczkę jeepem pod sam wulkan w grupie i zrobić cały tur o wiele szybciej pośród masy tłumów.  Co to by była  jednak dla nas za atrakcja? zwłaszcza ja lubię przygody i wycieczki w nieznane! Udając się boczną ulicą naprzeciw hostelu , dochodzimy do hostelu Indah , który  wygląda całkiem dobrze , jest też przy nim opisywana w internecie dziura w płocie , którą można zejść ostro w dół w morze wulkanicznego piachu . My jednak idziemy dalej , musimy rozeznać punkty widokowego skąd będzie można obejrzeć wschód słońca kolejnego dnia. Po przejściu kolejnego odcinka-droga zmienia się w szturową,  wiedzie pośród pól  kapusty i cebuli .Przy jednym z takich pól , mimo, że ponownie jak przy hostelu Indah pisze ONLY LOCALS , jest kolejne zejście w dół , skąd po obserwacji wschodu słońca z punktu widokowego , można wyruszyć w kierunku wulkanu , nie płacąc nic za wstęp. Czy w ogóle ktoś płaci ten wstęp? chyba jacyś frajerzy…

to przy jednym z takich pól jest zejście w kierunku Bromo

to przy jednym z takich pól jest zejście w kierunku Bromo

Do pierwszego punktu widokowego z hostelu jest koło  3, 5 km i tam docieramy pierwszego dnia po południu , przecierając szlak na kolejny dzień, następnie można kontynuować wchodzenie pod górę , gdzie są kolejne punkty widokowe , im wyżej tym lepsze widoki ,do najwyższego punktu widokowego jest koło 1,5 km od punktu nr 1 .

W końcu nadchodzi dzień zero , wstajemy o 3 rano zmarznięte i zaspane , jednak perspektywa Bromo szybko wybudza nas z letargu, ubieramy się ciepło , także czapki oraz zabieramy latarki czołowe , bowiem przy drodze szturowej nie ma żadnego oświetlenia i warto je mieć ze sobą. Ku mojemu zdziwieniu niemal nie ma ruchu na tej trasie , może większość jest tak wygodna i jedzie jeepem na punkty widokowe a potem na wulkan? Na zewnątrz na szczęście nie jest aż tak strasznie zimno-jakieś 10 stopni. Do pierwszego punktu widokowego docieramy koło 4.30 , jest tam kilka osób, jako ,że mamy trochę czasu Kinga proponuje byśmy podeszły wyżej , tak zrobiłyśmy i było warto, a zajęło nam to tylko dodatkowe  15 minut . Spektakl rozpoczyna się o 5 rano. Najpierw widać czerwoną łunę naprzeciwko Bromo , zanim wzejdzie słońce widać morze mgły okalające Bromo . Bardzo zjawiskowo to wygląda , podziwiamy widoki do 6 rano. Jest zachwycająco pięknie, zresztą sami zobaczcie.

Bromo przed wschodem słońca

Bromo przed wschodem słońca

Bromo-przed wschodem słońca

Bromo-przed wschodem słońca

wschód słońca naprzeciw Bromo

wschód słońca naprzeciw Bromo

Bromo o wschodzie słońca

Bromo o wschodzie słońca

Bromo o wschodzie słońca

Bromo o wschodzie słońca

Bromo o wschodzie słonca

Bromo o wschodzie słonca

mgła w okolicy wulkanu

mgła w okolicy wulkanu

Gdy już napatrzyłyśmy się na to całe piękno, nadszedł czas zejścia w dół , w kierunku morza piasku wulkanicznego , a następnie wejście na sam wulkan i  zajrzenie do jego wnętrza .

Po drodze mijamy zwykłych ludzi pracujących w polu .

praca w polu

praca w polu

Początkowo po zejściu w dół mgła jest tak gęsta ,że nie widać nic na 10 metrów, na szczęście stopniowo się przerzedza i już nie musimy iść na ślepo w kierunku Bromo .

w drodze na Bromo

w drodze na Bromo

Im bliżej wulkanu tym większe zamieszanie, jeżdżące jeepy i zostawiająca za sobą tumany kurzu , mężczyźni na koniach oferujący podjazd na wulkan dla bardziej  leniwych turystów , na szczęście nikt nie pyta nas o bilet wstępu. U stóp wulkanu jest także świątynia hinduistyczna , jednak nie widać tam żadnych wiernych.

świątynia hinduistyczna u stóp Bromo

świątynia hinduistyczna u stóp Bromo

Dochodząc do stóp wulkanu , mamy schody kamienne , dość strome , po jednej stronie ludzie wchodzą , po drugiej schodzą bowiem jest tu dość ślisko

schody na Bromo

schody na Bromo

w

w „paszczy” bromo

widok z Bromo

widok z Bromo

p1000359

widok z Bromo

widok z dołu na Bromo

widok z dołu na Bromo

Po podziwianiu widoków  wnętrza wulkanu jak i tego  co widać z jego wierzchołka wracamy do hostelu , tym razem wracamy przez dziurę w płocie przy hostelu Indah , bo tak jest najbliżej. Po drodze do hostelu , widzimy ,że stoi na zakręcie już bus zapełniony tursytami w kierunku Probolinggo- jest 9 rano , my jeszcze chcemy się załapać na śniadanie w hostelu po wyczerpującym poranku i pozbyć się tumanów kurzu jaki mamy na sobie-przeszłyśmy w sumie  koło 11km piechotą . Śniadanie ku naszej radości  jest pyszne i obfite , następnie już zbieramy się z hostelu koło 10.3o i okazuje się ,że opcja transportu dalej nie rysuje się różowo. Na przystanku skąd odjeżdża bus czekają jedynie 2 Niemki , kierowca chce 450.000 IDR za cały bus , co jest dla nas stanowczo za dużo . Niemki wpadły na pomysł iż może uda się by właściciel hostelu , gdzie spały  zawiózł je  za podobną cenę , my chciałyśmy się przyłączyć partycypując w kosztach , jednak mafia busowa nas wyśledziła i groziła właścicielowi hostelu ,jeśli nas zawiezie , bowiem to oni tylko mają monopol na te przewozy. Ostatecznie  Niemki jako , iż im się spieszy płacą trochę więcej od nas a my korzystamy na sytuacji i udajemy się do Probolinggo z nimi , a stamtąd znów do Surabya, by kolejnego dnia pociągiem ruszyć do Yogyakarty.

Informacje praktyczne:

przelicznik 1USD=13.000 IDR

Damri Bus -lotnisko Surabaya Juanda do Surabaya Terminal Purabaya=cena 20.000 IDR osoba ( jedzie 20-30 minut)

Surabaya-Probolinggo – bus z klimą , jedzie 3h, koszt 30.000 IDR osoba

bus z Probolinggo do Cemoro Lewang -37.500IDR osoba ( tam) , z powrotem niestety drożej

zakwaterowanie pokój deluxe 2 osobowy ze śniadaniem 425.000IDR

restauracja w hostelu, pierś z kurczaka z ryżem i warzywami 43.000IDR, naleśnik z owocami i czekoladą 23.000IDR, były też tańsze dania obiadowe 23.000-28.000 IDR

Opublikowano INDONEZJA 2016 | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Park Narodowy Los Glaciares – Perito Moreno najsłynniejszy lodowiec świata

Kolejnym ważnym punktem naszej podróży jest lodowiec Perito Moreno .Jest to trzeci co do wielkości lodowiec świata , oferuje niezapomniane widoki i nie wyobrażam sobie go pominąć będąc tak blisko , to obowiązkowy punkt Patagonii. Za bazę wypadową pod lodowiec obieramy El Calafate , stąd bowiem są busy codziennie rano między 8 a 8.30 oraz po południu 13h lub 15h i odpowiednio dopasowane powroty-ostatni powrót 18h lub 19.30 . My wybieramy podróż rano oraz powrót o godzinie 16h z Perito Moreno.Przy wjeździe do Parku Los Glaciares jest pobierana opłata za wstęp. Następnie przejeżdżamy jeszcze koło 30km , aż do parkingu autobusów , są tam również 2 restauracje. W miejscu postoju busa , jest także budka , gdzie można kupić bilety na rejs statkiem tuż przy Perito Moreno tzw safari nautico. Rejsy odbywają się między 10 a 16h i każdy trwa 1h. Nie decydujemy się jednak na tą opcję -obserwujemy pływający stateczek i widzimy , iż nie podpływa on zbyt blisko lodowca, wynika to z tego , iż odpadający fragmenty lodowca wywołują dość duże fale w promieniu 50m. Z innych atrakcji jest możliwy mały lub duży trekking po lodowcu , bezpośrednim organizatorem jest firma Hielo y Aventura-http://www.hieloyaventura.com, na ich stronie znajdziecie dokładny opis wycieczek  oraz cennik.

W miejscu , gdzie jest zejście do portu , zaczynają się pasarele , można nimi podejść 1200m na główny balkon widokowy. Można też z parkingu dla busów podjechać małym busikiem na samą górę , gdzie jest drugie wejście na pasarele widokowe. My decydujemy się przejść wszystko pieszo , zaczynając od dołu i stopniowo zbliżając się do lodowca.

Po drodze jest kilka punktów widokowych.

pasarele-dolna część

pasarele-dolna część

Perito Moreno

Perito Moreno

Perito Moreno

Perito Moreno

Perito Moreno

Perito Moreno

Perito Moreno ma 14km długości i 50-55m wysokości , mnie najbardziej zachwyca widok lodowca z góry- wygląda jak lodowa pustynia, biegun południowy.

Przebija lodowiec Greya , który bardzo mi się podobał w Torres del Paine ,  Perito jest bardziej spektakularny.Jesteśmy świadkami jak odrywają się ściany lodowca i spadają z hukiem do wody , jedna z nich jest naprawdę dość duża .Ogólnie wciąż słychać huk , zapewne to lodowiec się kruszy , tylko ,że w bardziej wewnętrznej części i tego nie widzimy.

Perito Moreno

Perito Moreno

W pobliżu są też inne lodowce , jak np lodowiec Viedma , tu także oferują trekking po jego powierzchni .Spędzamy łącznie kilka godzin podziwiając lodowiec , warto więc zrobić go na własną rękę , korzystając z transportu publicznego . Oferowane są bowiem także jednodniowe wycieczki na lodowiec , jednak nie oferują one nic więcej ponad to, co sami możecie zrobić .

Na tym kończymy wycieczkę po Patagonii ,pozostaje powrót do Buenos Aires -1,5 dnia zwiedzania miasta i powrót do Europy ,jak zwykle za szybko zleciało..

Natomiast , jeśli chodzi o powrót do El Calafate , a potem na lotnisko , jako ciekawostka powiem Wam, że mając bilet na trasie El Calafate-El Chalten-El Calafate- można wysiąść po drodze na lotnisku , gdyż bus się tam zatrzymuje jadąc z El Chalten , jednak nie ma opcji kupna biletu tylko z El Calafate na lotnisko. Tu należy skorzystać z firmy Ves Patagonia – rezerwacja telefoniczna – nasz właściciel hostelu dzwonił do nich 2 dni wcześniej , ale już nie było miejsc , więc ostatecznie on zawiózł nas na lotnisko.

Informacje praktyczne:

-zakwaterowanie w El Calafate-Hostel Los Manatiales -96USD za 2 noce w pokoju 2 osobowym , do tego należy doliczyć 21% Vat , jednak znów udaje mi się dojść do porozumienia i uniknąc Vatu

-bus El Calafate do Perito Moreno-450ARS w dwie strony +10 ARS opłata dworcowa  ( ceny takie same z Cal Tour czy Taqsa )

-polecam  Pizzerie La Zorra przy gł ulicy , koszt dużej pizzy 220ARS

-wstęp do Parku Los Glaciares-260 ARS

-safari nautico – 250 ARS

-Ves Patagonia -transport busem na lotnisko w El Calafate-100ARS od osoby

-taxi na lotnisko El Calafate – koło 250ARS

 

Opublikowano ARGENTYNA 2016 | Otagowano , | Dodaj komentarz