Camino Inca część III

Dzień drugi.

Dziś czeka nas najtrudniejszy dzień – najdłuższy bo ma aż 16 km a do tego najtrudniejszy , ze znacznymi przewyższeniami wysokości- po drodze dwie przełęcze -4200m i 4000m . Dziś droga w większości prowadzi pod górę,  a to co schodzi się z góry też jest męczące , gdyż zejścia są dość gwałtowne. Dziś trzeba zacząć dzień bardzo wcześnie by zdążyć przed zmrokiem dojść do obozu, wstajemy już o 4.30 rano . Każdy dzień zaczyna się od mate de coca , którą tragarze przynoszą do namiotu na przebudzenie. Jest to bardzo miłe , tym bardziej ,że napój jest gorący , a na zewnątrz jest jeszcze zimno , a noc otula całą krainę.

przygotowania do drogi

Jemy pożywne śniadanie , następnie pakujemy co trzeba , dzisiejszy dzień będzie najdłuższy i też na najwyższej wysokości , więc ogólnie trzeba wziąć cieplejsze ubrania . Pierwsze 4 godziny trasy wiedzie cały czas pod górę. Na zdjęciu widzimy schody , jest ich dużo na całej trasie , łącznie koło 8000 stopni , więc kolana mogą dostać w kość , tu z pomocą przychodzą kijki trekkingowe.

dzień drugi, w drodze na przełęcz Martwej Kobiety

Przed ostatnim podejściem na przełęcz 4200m ( Martwej Kobiety) mamy postój , gdzie są publiczne WC i możliwość zakupu snaków , napojów , nie jest tanio , ale poziom cen jest jeszcze akceptowalny( batonik czekoladowy 8 soli) . Jeszcze a propos nazwy przełęczy , nikt tutaj nie umarł , po prostu jej kształt przypomina ponoć kobietę leżącą we śnie i wyglądającą na nieżywą.   Tutaj na tym postoju też mamy sporo lam , które się przechadzają , jednak , nie pozwalają podejść się na zbyt bliską odległość- są płochliwe.

odpoczywająca lama

Ostatnia prosta przed przełęczą jest już bardziej stroma , tu się co chwilę niemal zatrzymuję , idziemy otwartą przestrzenią i w pełnym słońcu , cieszę się , że nie pada , jak to nieraz czytałam na innych blogach . W końcu udaje się wyjść na przełęcz i mogę podziwiać piękny widok z góry.

widok z przełęczy Martwej Kobiety

przełęcz Martwej Kobiety

Jestem dumna z siebie , iż udało mi się wejść , bardzo się bałam tego wejścia , że będzie za trudne i do tego jeszcze na dużej wysokości. Na szczęście nie odczuwam problemów związanych z wysokością , chyba się już zdążyłam przyzwyczaić . Na samej górze jednak jest już wietrznie i nagle się też zaczęło chmurzyć i lekko mżyć. Postój na górze nie trwa długo , następnie musimy zejść do doliny , gdzie spożyjemy lunch , przed kolejnym wejściem na 4000m.

schodząc z przełęczy 4200m

Gdy w końcu zeszliśmy na lunch- między 14 a 15h , czekała nas miła niespodzianka – rozłożone maty do wypoczynku , mieliśmy jakieś 30-40 min na siestę i zregenerowanie sił przed posiłkiem jeszcze. Jedna  z uczestniczek tu zaczyna się źle czuć , ma silne bóle głowy , które nie ustępują mimo tabletek .  Po lunchu znów przed nami wejście z 3600m na 4000m na górę zwaną ” gringo killers” , gdyż podejście jest bardziej strome , niż przy wejściu na poprzednią przełęcz , więc i bardziej męczące.   Po drodze na przełęcz dochodzimy do kolejnych ruin , które były punktem odpoczynku dla posłańców , którzy przemierzali liczne kilometry przez góry by doręczyć wiadomości z różnych zakątków.

ruiny inkaskie -miejsce odpoczynku

Tuż przed wejściem na drugą przełęcz możemy podziwiać tą oto ładną panoramę.

tuż przed drugą przełęczą

Gdy już weszliśmy na górę , odtąd droga już prowadzi w dół , aż do samego obozu na wysokości 3600m.  Tutaj koleżanka , która miała problemy z bólem głowy wcześniej , wymaga już podania tlenu i odtąd obaj przewodnicy holują ją do obozu , a ja idę sobie przedostatnia , w jakiejś odległości od nich , korzystając z ciszy i pustki na szlaku.

Po drodze mijam ruiny Runcuray ( 3800m) , jednak jako , iż zaczyna się ściemniać , nie wchodzę już do ruin , wkrótce dochodzi do mnie jeden z przewodników i wysyła z obozu asystę 2 tragarzy , z którymi spotykam się po jakiś 15 minutach marszu , mają mnie eskortować , jako , iż jest już prawie ciemno. W sumie to nie byli mi potrzebni , droga była już prosta i nie było się gdzie zgubić.

To był najdłuższy dzień na szlaku i najbardziej męczący , z przerwą na lunch byliśmy 12h w drodze , od wschodu do zachodu słońca. Dziś wszyscy szybko padli ze zmęczenia po kolacji , tylko ja zostałam na pogaduszki z jednym z przewodników , dostałam jakiegoś kopa energetycznego po dzisiejszym dniu , pewno stąd ,że jednak dałam rady , mimo ,że brakowało mi wiary w siebie. Dzisiejsza noc za to była bez wątpienia najzimniejsza, mimo nałożenia całej odzieży prawie , zmarzłam , przebudzałam się ze zimna.

Dzień trzeci

Teoretycznie dziś moglibyśmy sobie pozwolić na dłuższe spanie i taką miałam nadzieję , jako , że na dziś jest przewidziane jedynie 10km , jednak przewodnik ostrzegał nas mocno przed zmasowanym atakiem komarów , w wypadku , gdybyśmy wyszli na szlak koło 8-9h. Z tego względu większość przegłosowała ,że również wstajemy koło 6h by wyjść jak najszybciej w drogę.  Dzisiaj także po śniadaniu zostajemy przedstawieni oficjalnie całej grupie tragarzy i kucharzowi , każdy ma powiedzieć kilka słów o sobie , skąd przyjechał i ile ma lat.  To wszystko po hiszpańsku , choć część z tragarzy nawet nie zna tego języka , a posługuje się jedynie keczua , więc tłumaczy nasz przewodnik. Dominująca grupa wiekowa to 40+ , z wyjątkiem 2 trochę młodszych Amerykanek i 17 letniego syna rodziny włoskiej, który zawsze wszystkich wyprzedza i zawsze jest pierwszy w ustalonym punkcie kontrolnym.

kilka ćwiczeń na rozgrzewkę przed opuszczeniem obozu 2

Dziejszy dzień upływa pod znakiem przejścia przez bujną roślinność tropikalną . Początkowo idziemy wąską ścieżką tuż nad przepaścią .

wąska droga nad przepaścią

w drodze , dzień 3

Po jakimś czasie dochodzimy do miejsca postoju , skąd są ciekawe widoki i tutaj pierwszy raz mam zasięg w telefonie , więc oczywiście wysyłam sms , że żyję i że wszystko jest w porządku a cały trekking jest fascynujący .

W dalszej drodze znów zwiedzamy ruiny  Phuyupatamarka czyli miasto w chmurach.

Phuyupatamarka

Stąd zostaje jeszcze jakieś 2h do obozu , najpierw mamy mocne zejście w dół po schodach , następnie jest już dość płasko , po drodze mijam stado odpoczywających lam na środku ścieżki i tym razem się nie boją i nawet dają się głaskać.

odpoczywające lamy

tuż przed obozem nr 3

Gdy docieramy do obozu nr 3 , tym razem w okolicy widzę masę namiotów , tutaj bowiem nocuje większość grup przed wielkim dniem i wejściem przez bramę Słońca do Machu Picchu. Tutaj jest pierwszy raz możliwość skorzystania z zimnego prysznica , długo się zastanawiam i w końcu decyduję się na błyskawiczne odświeżenie , wydając przy tym masę pisków z powodu zimna. Na zewnątrz też nie jest jakoś specjalnie ciepło – między 12 a 15 stopni , więc po kąpieli znów zakładam czapkę by trochę ochronić mokrą głowę. Bardzo blisko obozu są kolejne ruiny-Intipata czyli tzw. terasy słońca , tutaj też dostajemy pamiątkową koszulkę z Alpaki , która bardzo mi przypadła do gustu.

Intipata

Dzisiejszego wieczoru też mamy pożegnanie z całą ekipą Alpaki( oprócz przewodników). Kucharz na pożegnalną kolację przygotowuję smaczny tort .Tak się składa ,że jedna z osób- Jessica obchodzi dziś swoje urodziny , więc tort zarazem jest urodzinowy. Wygłaszamy również  mowę pożegnalną ( zostałam do niej wyznaczona , jako jedyna osoba z grupy turystów mówiąca po hiszpańsku) oraz wręczamy napiwki -dla tragarzy, kucharza oraz przewodników. Nie ma wyznaczonej sztywnej sumy , jest to wg uznania , w nagrodę za trud ich pracy , który uczynił naszą wspólna podróż jeszcze bardziej wspaniałą.

pożegnalny tort

Ten wpis został opublikowany w kategorii PERU 2018 i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s