Erg Chebbi najpiękniejsze wydmy Maroka- moja pustynna przygoda część II

Dziś szybkie śniadanko na słodko i znów w trasę , teraz mamy już mniejszy dystans do pokonania. Jedziemy do Merzougi przez Rissani , większe miasteczko w tym rejonie .Po drodze zatrzymujemy się w osadzie berberyjskiej ,najpierw Berber przewodnik,który dosiadł się do busa po drodze oprowadza nas po polach uprawnych , wyjaśnia szczegóły dot palmy daktylowej , wskazuje by nie robić zdjęć pracującym w polu kobietom. W październiku akurat  też jest festiwal daktyli , wówczas bowiem przypada okres ich zboru.

palma daktylowa

palma daktylowa

Same poletka uprawne , dość zaniedbane , rośnie kukurydza i lucerna ,  nie było w nich nic szczególnego, ale czego to nie robią agencje organizujące wycieczki , by wydłużyć czas o rzekome atrakcje . Interesującą częścią była kazba zamieszkiwana przez Berberów , gdzie jednocześnie wyrabiają oni różne dywany. Tu wg wyjaśnień przewodnika mieszkają wdowy i rozwódki trudniące się właśnie tkaniem dywanów. Tu można więc wykonywać zdjęcia bez ograniczeń , zostajemy zaproszeni do izby wyłożonej od podłogi po sufit dywanami .  Gospodarz wyjaśnia nam sposób życia Berberów , produkcji dywanów , częstuje nas tradycyjną miętową herbatą i uczy kilka słów po berberyjsku . Dowiaduję się , iż  Berberowie mieszkają tu  6 miesięcy w roku  i 6 miesięcy w górach. Tkaniem dywanów zajmują się kobiety , jednak z uwagi na zmęczenie oczu i palców jakie generuje ta dość skomplikowana praca , zajmują się tkaniem koło 2-3 godzin dziennie . Dywany są tkane albo z wełny wielbłądów- te są dość szorstkie w dotyku albo z mieszanki wełny wielbłąda i owcy, te są już dość miękkie i przyjemne w dotyku.Wyroby są barwione tylko naturalnymi barwnikami takimi  jak np henna czy indygo , zaskakuje więc pozytywnie szeroka gama kolorów. Zgodnie z tym co mówi gospodarz można je także prać w pralce i nie stracą na wyglądzie.

berberyjskie dywany

berberyjskie dywany

berberyjskie dywany

berberyjskie dywany

Cały wykład trwa jakieś 40 min , następnie gospodarz mocno zachęca do kupna dywanów, są również dość małe dywaniki i ceny zaczynają się od 30eur , proponuje nawet możliwość zorganizowania transportu do miejsca przeznaczenia w Europie , jednak nikt się nie decyduje . Było to zresztą do przewidzenia , że nikt nic nie kupi, przez dłuższy moment zapada mało przyjemna cisza. Osobiście uważam , że takie prezentacje stają się w końcu niewygodne dla odwiedzających , mimo , iż przyznam , że informacje i pokazy różnych rodzajów dywanów były ciekawe. Następnie przewodnik przeprowadza nas wzdłuż sklepików z chustami , tu prawie wszyscy kupują sobie chusty po 50 drh na pustynie , które to mają chronić twarz i włosy przed nawiewanym przez wiatr piaskiem. Następnym etapem  drogi na Saharę jest bardzo ładny kanion wysoki na około 300m , bardzo mi przypominał kanion Samaria na Krecie , z tym , że tu można było dojechać na miejsce busem.Krajobraz robi na mnie duże wrażenie .

kanion w drodze na pustynie

kanion Gorges du Todra

W korycie wyschniętej rzeki pasterz prowadzi stado kóz, ponoć można kupić sztukę już za 300 drh, podczas , gdy młody i dorodny wielbłąd kosztuje 2500 eur , starszego i gorszego można nabyć już od 500eur.Dowiedziałam się przy okazji, iż wielbłądy żyją aż 40 lat i wciąż się ich używa do nabywania żon…Za ładną i młodą żonę płaci się nawet koło 300 wielbłądów. Po wizycie w kanionie zatrzymujemy się na obiad opcjonalny. Jedyną opcją jest dość drogie jak na ten kraj Menu , każde danie +deser +sałatka po 100 drh. O dziwo tylko my Polki decydujemy się na obiad , zamawiamy tajin jako danie główne, porcje jednak są tak duże , że nie jesteśmy w stanie ogarnąć całości. Przed zachodem słońca docieramy do Merzouga , tu z busa przesiadamy się na wielbłądy , które zawiozą nas do obozowiska na pustyni. Ze sobą każdy ma wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy, reszta bagażu zostaje na przechowanie w busie , którym przyjechaliśmy. Wielbłądy są śliczne, mają aksamitne pyszczki , każdemu dobierają odpowiedniego wielbłąda.

nasz transport do obozu na pustyni

nasz transport do obozu na pustyni

Grupę dzielą na 2 karawany . Dostaję wielbłąda , który będzie na czele jednej z grup, reszta wielbłądów  jest przywiązana sznurkiem jedno do drugiego gęsiego.Pierwszy wielbłąd jest ciągnięty ze uprząż przez Berbera , który idzie pieszo obok.   Najtrudniejszy  dla mnie  moment to wsiadanie na zwierzaka, nigdy wcześniej nie byłam na grzbiecie wielbłąda. Trikiem jaki używają Berberowie , jest uderzaniem pięścią w szyję wielbłąda , tak by usiadł i by pasażer mógł sprawnie na niego wsiąść . Gdy już siedzę na jego grzbiecie , podnosi się szybko i energicznie co wywołuje we mnie pewną panikę i jako jedyna wydaje się z siebie krzyk .Podróż do obozu trwa koło godziny , jednak niebo jest zachmurzone , wcześniej , trochę  przed Merzougą  , nawet kropił deszcz , niestety więc nie możemy podziwiać zachodu słońca.

w drodze do obozu na pustyni

w drodze do obozu na pustyni

Po drodze zatrzymujemy się  i wspinamy się na najwyższą wydmę w okolicy, widoki i wrażenia są naprawdę piękne. Najważniejsze jednak , że jestem na najpiękniejszej i najbardziej widowiskowej części marokańskiej pustyni – słynnych wydmach Erg Chebbi. Z najwyższej wydmy w bardzo bliskiej odległości widać już Algierie…

Erg Chebbi

Erg Chebbi

bezkresna  Sahara

bezkresna Sahara

Docieramy do obozu , gdy już robi się ciemno Jest kilka dużych namiotów i prowizoryczne WC , wodę do Wc czerpie się z beczki, więc jest mocno ograniczona. Dostajemy namiot we trójkę tylko dla nas , w środku są materace , dostajemy też prześcieradła i koce , następnie wszyscy rozkładamy się na wyłożonych przed namiotami kocach , niebo jest zachmurzone więc nie widać gwiazd , jednak jest wszechogarniająca cisza i piasek , z boku śpiące wielbłądy . Jeden z Argentyńczyków proponuje, iż z jednym z przewodników , wyskoczy po piwo , do miejsca , gdzie zostawił nas bus , jest tam bowiem mały pensjonat .Robi zbiórkę pieniędzy, po 10 drh za małą puszkę ,  pomysł picia piwa na pustyni jest dość szalony i wszyscy chcą z  niego skorzystać. Po godzinie wraca z towarem , piwo ciepło , ale jaka frajda , że robimy coś nietypowego.Tym razem trzeba zmienić powiedzenie ” Polak potrafi” na       „Argentyńczyk potrafi” . Nadszedł czas kolacji , którą przygotowali na ognisku Berberowie , dla nas tajin wegetariański , reszta tajin z kurczakiem .  Jako , iż jemy co innego oddzielili nas od reszty grupy i zrobili nam osobny stolik.Do kolacji przygrywa nam przewodnik  muzykę berberyjską , mamy tez prowizoryczną lampę , która krótko po kolacji gaśnie , gdy kończy  się energia. Niestety  cały dzień dokucza mi żołądek , więc niewiele jem i szybko wraz z koleżankami wycofuję się na nocleg. W nocy wstaję jeszcze i mam szczęście, teraz widzę w pełni rozgwieżdżone niebo czyli to czego mi brakowało do kompletu wrażeń z pustyni. Noc była dość ciepła więc obawy , iż zmarznę okazały się bezpodstawne . Kolejnym celem tej wyprawy jest obejrzenie wschodu słońca ,pobudka przebiega błyskawicznie i nawet nie wiadomo kiedy cała grupa już siedzi na swoich wielbłądach. Wschód słońca jest bardzo zjawiskowy i zdjęcia na pewno nie oddają w pełni jego atmosfery.

wschód słońca na Saharze

wschód słońca na Saharze

Gdy docieram do busa , w pensjonacie zjadamy śniadanie , jednak na obiecany prysznic niestety już nie ma czasu. Grupa jest bardzo niepocieszona , gdyż wiadomo po nocy na pustyni człowiek ma piasek tu i ówdzie i brak higieny niestety doskwiera , jednak cóż zrobić. Noc na pustyni była dla mnie zdecydowanie najciekawszym i najlepszym przeżyciem podczas podróży po Maroku , miałam bardzo miłe i ciekawe towarzystwo rodaczek ,a pustynne  krajobrazy i wielbłądy były bardzo ekscytujące, na pewno jest to niezapomniane wrażenie , które można przeżyć właśnie w Maroku. Pustynna przygoda dobiegła końca ,pakujemy się wszyscy do busa w kierunku Marrakesz ,  część grupy wysiada po drodze , moje nowe koleżanki wraz z Argentyńczykami wysiadają w Rissani , gdzie łapią taxi do Fes ( kosztuje ich łącznie 1000 Mad) . Tym razem cała trasa to jedna wielka gonitwa z czasem , kierowca pędzi jak szalony , mocno wydziela krótkie postoje.  Między Ouarzate a Marrakeszem trasa jest piękna i kręta , tu pierwszy raz dość mocno pada deszcz , ale też mnie to specjalnie nie dziwi , jesteśmy bowiem na dość sporej wysokości .Szkoda, że nie udało mi się tu zrobić żadnych zdjęć , widoki naprawdę zapierają dech , warto przejechać się tą trasą choćby tylko dla nich. Do Marrakeszu docieramy koło 19h , więc w sumie  po 10 godzinach jazdy .Kierowca zostawia nas bardzo blisko gł placu Jemaa el Fna , żegnam się z grupą i wyruszam ku nowej przygodzie , w mieście zaklinaczy weży, treserów małp i wszelkiego innego dziwactwa , które  jest prezentowane na najsłynniejszym chyba placu na świecie .

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii MAROKO 2014 i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s